Księga Gości

Dodaj
Oglądaj

archiwum:
2011
sierpień
maj
styczeń
2010
wrzesień
lipiec
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
styczeń
2008
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
kwiecień
styczeń


Waga: 44 kg
Wzrost: 171cm


Nienawidze,
a chciałabym kochać
nie czuć nic
In the arms of an angels
fly away from here...

www.blog.pl









2011-08-18 00:52:27 >> na poduszce łóżko śpi szukając człowieczeństwa. rozlewny, żałosny, rzewny deszcz odblaskowych myśli.

Głód czy strach?
Strach czy głód ? 
Szersze źrenice, gdy jem, 
kiedy nakładam porcję...
Przełykam oddech i dokładnie żuję upokorzenie... Nie! Zaraz?! 
Rozkosz, gryzę... przygryzam i obtaczam mucyną.
Nieobojętną, namiętną chwilę, moją, własną, nieprzejednaną,
prywatną, zamkniętą szczelnie w skorupie umysłu. Przełykam.
Szczęśliwa... i opętana.  Prawie jakbym dawała sobie w żyłę...
W sumie - może robię to, by nie wypełniać pustki czym innym? 
Tak to wszystko ktoś, gdzieś (?) sobie wyimaginował? 
Taki mały światek... ? 
Tylko, że ja go NIE CHCĘ. Dziękuję.

na talerzu rewolucji nielegalnie pozytywnej
"Życie RAZ!" 
zamawiam
i słodki smak winogron, oddechy rosy o poranku,  (...)

*
obsługa się ociąga, najmocniej przepraszam czy ktoś tu mnie słyszy?! 
wersja SAMOOBSŁUGOWA? oczy zamykam. sama.
*

 (...) sylwetkę bez skrępowania

Jestem poplątana.
Moje dłonie przeplecione w warkocze,
moje ręce zawiązane na supeł,
moja klatka piersiowa zgięta w pół 
i nogi udające tajemniczą konstrukcję myśli.
Idę.
Właściwie - sztywno kroczę, stąpam delikatnie choć z naporem ciągnętego ciała,
jako poskręcanego balastu duchowo-cielesnego.

Stoję przed nimi i chcę się poruszyć.
Chcę drgnąć. Wykonać cholerny ruch - w którąkolwiek stronę... 
Zwrócić rękę?! Puknąć podeszwą. Chrząknąć...
Stoję i obserwuję.
Napawam się życiem innych... piję z ich uśmiechów, dusząc się sobą,
łaknę słów inszych, rygorystycznie i surowo pod kontrolą cedząc swoje z aresztu gardła, 
dotykam ich tonów, fal, ruchów bezskutecznie ciążąc zamurowana.
Tu i teraz. Tam i kiedyś. Tak jest.
Płynie czas... 
Jestem pijana jakimś momentem, który się nie dzieje.
Nie następuje.
Nie odważam się na kroki do przodu... a stojąc w świecie poruszającym się tylko i wyłącznie na wprost, jest to równoznaczne z procesem cofania.

Stoję... hm... znów?
Patrzę w lustro - i kogo widzę?
Kim jestem?

To nie czas by wymienić siebie w sobie.
Poprzestawiać kwadraciki by całość zmieniła stylistykę.
Nie da się zadowolić wszystkich.

Pierdolone slogany krążą mi po głowie jak karuzela, bezgłośnie.
Na zakrętach wydając jedynie stłumiony odgłos jakiejś reszty życia - która jednak toczy się wokół.

Przeraża mnie fakt jak bardzo jestem sobie obca.
Przez to obca innym.
Nie jestem słowami, które wypowiadam... Jestem gdzieś zamknięta.
Krzyczę gdzieś... 
STOJĘ.
Kopię gdzieś...
STOJĘ.
Nie umiem wyjść.

Tylko strach ściska mi żołądek w obawie o jutro.
Jestem niesamodzielna - choć radzę sobie w samotności.
Jestem samotna - choć wokół mnie kręcą się ludzie.
...... najgorsze jest to, że to nie tak - że nie czuję się kochana, że nikogo nie mam, że przeżyłam tragedię, że mam wielkie kłopoty... 
to po prostu się dzieje... rozegrało się na moich oczach...i trwa do dziś...
Wykluło się, jak przepowiadali inni (może wiedzieli wcześniej? może coś widzieli? może mogli coś zrobić - nie, ja mogłam- wiem...) i narodziło... a później budowało swe mocne fundamenty na mojej psychice, karmiło się tym co robię, co czuję, co myślę,
egzystuje gdzieś obok... i nic nie mogę zrobić... nie wyobrażam sobie powiedzieć komukolwiek -
choć wiem, że z mojego otoczenia kilka osób coś przeczuwało samouspokajając się, iż to żarty, to niemożliwe, komedia, albo też moje szczęście (związane z wizją), lub nieszczęście (jak wcześniej)... nie mówiąc już o zwracaniu etc. powszechnie zwanym... TAK ?! NIE POTRAFIĘ JUŻ NAWET TEGO NAPISAĆ?! 
Bu. Bulimią. To aż niemożliwe. To przykre i niewiarygodne.
Wyniki mam dobre, miesiączkuję, jem.
Wstaję rano, żyję, nakładam makijaż, udaję że jestem sobą, że JAKAŚ jestem, że JESTEM.
Lubię być wśród ludzi - choć nierzadko boję się ich opinii i zachowania. Wtedy albo szarżuję nie będąc sobą, albo milczę.
Obie postawy nie wyrażają nic konstruktywnego.
Podobno potrafię wiele rzeczy... ale mało osób poznało mnie naprawdę.
Nie mam szczęścia do przyjaciół... to przykre... Nie - nie zostawiają mnie, nie kłócimy się nawet często... Tylko - albo mają nagle plany wyjazdu za granicę, albo wyjechali, albo teraz (studia) idą do innej szkoły, na inny wydział, mają jeszcze inne paczki przyjaciół... Ja nie mam aż tylu, przywiązuję się do jednostek. Póżniej cierpię. Mam z nimi wszystkimi kontakt. 
Na chwilę. Momencik. Jesteśmy w swoim świecie. Idę sama. Wracam. Do siebie.
Jest przecież dobrze.
Tylko, że coś jest nie tak.
Źle się czuję. Tak fizycznie też, ale chodzi głównie o to drugie.

Kiedy jestem szczęśliwa nie myślę o TYM wszystkim, tyle że to rozwiązania na krótką metę.
Jeszcze studia - wymagające dużego zainteresowania i nauki. Będzie cięzko.
Nowe otocznie... jeszcze nie ma września a ja już się martwię październikiem?!

Płaczliwa jestem dziś.
Płaczka.
Łzawa rdza.

Czasami zastanawiam się, czy to co mówi do mnie Matka, jest prawdą i odzwierciedla to co myśli ona i inni? Czy jestem taka/owaka? Czy w tym co mówi w nerwach jest coś z prawdy?

Jestem taka młoda.
A boję się, że już zawsze będzie tak... że nic się nie zmieni... że...
nie będzie inaczej.
Te same schematy, rozkład dnia, samotność, dystanse wokół. Nie jestem na ten świat ulepiona.
Jakaś słabsza glina? Wadliwy towar.
W dodatku bez zdrowia, gwarancji jakości.

Nie wiem jak postępować dobrze.
Nie mam pojęcia jak jest "dobrze" i co znaczą te dwie denne sylaby uzmysławiające stan do zaakceptowania i ścieżkę ku światłu (choć może i bez fajerwerków i różowych okularów).
Boję się, że myślę o bliskich tak negatywnie czasem - obserwując to co robią. Czy są tacy "źli" momentami? Czy ja też? Czy może wszyscy, skoro nikt nie zwraca na to uwagi? Przecież w sumie nic do końca złego nie robią. Tylko niektóre zachowania, myślenie...

PYTANIA.
pytania.

A odpowiedzi brak.
Pewnie leży gdzieś w barze, w stanie głębokiej nietrzeźwości. 
Później będzie poalkoholowy kac - i odpowiedzi uspokajające na chwilę.

Nie potrafię się nie zastanawiać.


Niszczę sobie życie.
Przeciętnie co posiłek.

Czuję to dziś - gdy przełykam. Boli mnie gardło w dodatku chyba złapałam jakąś infekcję -oby się nie rozwinęła.
Czuję to gdy mam wrażenie, że w moich żylach płynie jakieś nieokreślone bagno, podtrzymując moje bytowanie bezsensownie, na siłę, na opak, z nadzieją... że coś się zmieni.
Czuję, że się nie regeneruję, że nie mam sił.
Długo już, prawda? 
Jakby policzyć słowa "nie mam sił" na tych bloczkach słów, w tych skupiskach sylab - uzbierałby się rozżalony gar bezsilności.
Powinnam go wylać jak pomyje.
Przestać.
Chciałabym naprawdę.

Teraz jadłam w miarę nomalnie - kilka dni. Czuję się większa. Monstrualna. Nikt tego nie zauważa. 
Tylko to chore uczucie, że wszyscy dookoła się z tego cieszą, śmieją - nawet obcy ludzie na ulicy. Nieznajome twarze i ich wyraz, pełen satysfakcji. Spojrzenia. Nie ma ich, ale wciąż czuję się niezręcznie. Myślę, bo kilogram, bo 1,5 kg - to już nie zmieszczę się w nic...
To nie jest prawda. Jestem dorosła. Wiem to. 
Tylko nie potrafię się opanować.
Siebie opanować.

Jestem niewolnikiem własnego czlowieczego manekina. 
Zaplątanego na linkach codzienności.
Wszystko kręci się, póki któraś nitka nie pęknie rozszarpana jak zazwyczaj.
A ja tu szarpię i odstawiam młyn w tym teatrzyku. Nerwy, koję łaknienia, nasycam nienasycone, nie patrząc na efekt. Na skutek. 
Żal.

Trzeba pilnować aby nie rozerwać tej mozolnie plecionej wersij demonstracyjnej... bo może kiedyś uda się ukradkiem, zrzucić tą twardą, suchą i sztuczną skórę i wkraść się pokątnie do tej fryWOLNEJ oazy życia prawdziwego i zaplatać owocne dekoracje szczęśliwości we mgle rzeczywistości - która zależnie od szerokości źrenic może wypadać - o tak - szaro, lub trochę mniej...


instruktaż. ?
Nakarm optymizmem chory mechanizm
perswazji znakiem przemaluj zamiary
wyczyść zakurzone wspomnienia
chowając je bezboleśnie do szuflad przeszłości
podnieś stawkę ponad życie i odetchnij prawdą
na kartce rozgnieć bladą powłokę, 
co czarną damą jest pod powiekami
i wyjdź z tworu by odnaleźć siebie.
Trwaj
i nie trać nadziei, by instruktaż się ziścił.


kocham. 
jak zawsze. (:


... i pamiętajcie:
cieszcie się wakacjami, a Ci co we wrześniu do szkół- to ich ostatkami ! shhh (nie przypominam).

Dobranoc. ***

*** ("a mnie jest szkoda lata" nie zaśpiewam... ach! nie śpiewam ale to nieistotne  - gdyż w PL tegoroczne lato nie zasługuje na poklask. )

skomentuj (2)




2011-05-12 03:46:50 >> Jej Kamienna Wysokość uniżona nad Płynnością. Jej blask, zgaszony ciszą. Matowa zasadniczość.

Jestem wciąż. 
Jak pozytyw-ka powtarzam swoją melodię codzienności.

Maturalnie. 
Napięty grafik. Czas. Brak czasu.
Myśli. Brak myśli. Mętlik. Stres.

Później minie... i będzie szkoda.
Jak zwykle smak żalu- że mogło pójść lepiej(?!), po co to skreśliłam (?!), po co zmieniałam odpowiedź (?!)... 
i nic
już 
nie będzie szansy
zrobić...

U mnie ... co u mnie?

Jestem każdą chwilą ciszy w swym pokoju,
namysłem nad istotą istoty, sensem sensowności.
Nieswojo mi. Słabo. 
Nadęta jetem wczorajszym powietrzem.
Pełna bezwartościowych odpadów, pozbawiających sedna.
Bez krzty konkretu. Niejasna.

Narkotyzuję się emocjami szarości.
Bo lepiej tak - niż bez czucia.
Bo łatwiej tak - niż szukać czegoś mocniejszego.
Bo szybciej tak - niż długim procesem doskonalenia osobowości.

~

Jestem dorosłym człowiekiem. No tak. Nie od wczoraj...przecież.
Tylko ja tego nie czuję.
Nie, nie oczekiwałam nigdy, że wybuchną fajerwerki, że ptaki zaczną pełzać, a żaby latać.
Nie.
Kolejny rok po pełnoletności... już nawet nie osiemnastkowa... tylko taka stara?
Śmieszne. Tragifarsa w sosie dnia.

nie chcę być dorosła
nie chcę być TAKA
nie POTRAFIĘ ?

Nie nadaję się do decyzji, odpowiedzialności, ryzyka, spierania się z życiem i losem...
pchhh
nawet do trzymania się za ręce w mężczyzną - się nie nadaję.

Wiem, nie widać po mnie też.
...

Powinnam coś z tym zrobić.
Powinnam zmienić.
Po WINNA M. 
Zgadza się. W sumie sama sobie naważyłam... prawda?
Sama sobie wmówiłam, znienawidziłam, zniszczyłam. 
Hm może lepiej do zestawu słów przykrych i monotonnych pasuje 'zrujnowałam' 
oj tak! by ująć za serce i wycisnąć politowanie
z nutką empatii - oczywiście jak na nasz naród przystało.

Zacne życie otwiera nowe drogi... nowe szlaki jak autostrady... 
wystarczy iść...
tak => dalej => naprzód... za strzałką...
Nie ociagać się.
Nie STAĆ.
Bo stanie nie przynosi korzyści... hm - może prócz względnego bezpieczeństwa... 
W sumie nie ma to jak dokladnie zbadać terytorium... rozejrzeć się, spróbować glebę, sprawdzić gwiazdozbiór.
Trzeba jednak podążać... albo 
p o d d a ć    s i ę ?!

Wszystko płynie. )) a ja się topię ((
Waga się zmienia.
MATURALNIE. Naturalnie. 
BEZNADZIEJNIE. 
Niewiele?
hm

Wróci. Wiem. Czy chcę czy nie, bo nie zniosę siebie takiej.
Staram się być z dala od toalety, zlewu... sposobności.
Tylko, że... nie umiem tej zasady zastosować ad pożywienie.
ad ŻARCIE
ad KALORIE
ad KOSZMAR

stop. 
nie, nie... TO nie tak. Tak nie jest. NIE jest.

jest szarzej, zwyklej, zwyczajniej, najprościej, pospolicie i synonimicznie
bo...
bez emocji?
przywykłam?
to już norma? 
nie ma żalu?
wszystko jedno?
...?

[zakreśl właściwe. ]  *i tu jest haczyk, 
zero + zero => nie równa się jeden
jeden + jeden => nie równa się zero...

Czym jest więc zero? Dwa minusy, to plus. Dwa plusy, to plus.
Lecz plusów nie ma.
Czym jest więc zero? 
Wyślij SMS do nikąd. Na numer: nieskończoność.
Sprawdź czy wygrałeś koło fortuny. Loterię losu. Teatralne igraszki.

manekiniarstwo
pustota i pustka
wieczne psycholalia
na huśtawce ze snu

paraboliczne istnienie
dwupłaszczyznowa inszość
niereformowalna gęba

won maskarado.

Nie wiem czego chcę i kim chcę być.
Kto Wie (?) Ktoś?

FAŁSZ

Więc dlaczego idziesz tą drogą? Dlaczego tą ścieżką? Tym szlakiem?
Przypadek? Zbieg okoliczności? (a raczej zbiegowisko...)
Nie wierzę.

To wszyscy grają ? To wszyscy tak...? 
Walczą?
O co? O siebie?
i jak 
i skąd siły
i ...
nie pytam nawet
powietrza - bo nie ma siły sprawczej i głosu... co sprawą drugorzędną.

Jestem. i byłam. i będę. 
BO... [tu niedopowiedziano] dlatego... [o! tu też brak!] przecież... [...?!]

Chodzę dużo. Ostatnio. Na bieżni... i jadam pomidory. Czerwone. 
Jak krew, co powinna płynąć, a nie przelewać się leniwie.

Jakoś będzie.
Boję się. 
Hah... jak zwykle.
Mój rozstrojony od strachu organizm chyba przywykł.

See ya.


i Leśmian, bo w głowie i w sercu i w duszy... "Lubię to!"

"Wiatr wie, jak trzeba nacichać... 
Za oknem mrok się kołysze. 
Nie widać świata, nie słychać, 
Lecz ja coś widzę i słyszę... 

Ktoś z płaczem ku mnie z dna losu 
Bezradną wyciąga rękę! 
Nie znam obcego mi głosu, 
Ale znam dobrze tę mękę! 

Zaklina, błaga i woła, 
Więc w mrok wybiegam na drogę 
I nic nie widząc dokoła, 
Zrozumieć siebie nie mogę! 

W brzozie mgła sępi się wiotka. 
Sen pusty - wracam do domu... 
Nie, nikt się z nikim nie spotka! 
Nikt nie pomoże nikomu!"


Ściskam. 
Wasza.

skomentuj (6)




2011-01-03 04:04:02 >> Krwista oda do wczoraj. Wyblakły twór świata. Bezbarwne ja - głodny negatyw istnienia.

Wciąż jestem, czy raczej jeszcze (...)
-----------------------------------------
Bezustannie trwam...kołyszę się i stąpam w gwałtowności ostrożności po tafli dnia...

Na firmamencie czekoladek - błyszczy, błyska, okiem mruga, wielką gałą Strach i Cisza. Zmierzch i Świt. 
Obojętność i niezgoda na bezruch.
Ryk i spokój.
mistyfikacyjnie przystrojona fikcja zamętu, niepokoju
odwet, zamiar, 
brak odwagi ?!
odwet, zamiar,
bezsilności trwoga?!
odwet, zamiar... 
złamany obcas wbity w serce - solą posypane, udające się na świeżość,
szukające schronienia, błagające o COŚ ?!

zagadka pragnienia.
w istocie 
i rozwiązanie tragiczne ][bo... no,... dalej co? sicc!][

Za szybą świat. Szum, zgiełk, śmiech. Wieczność nocy. Bezsenność i nikłe oddechy dla ciepłej filiżanki. Kawowe fusy tańczą w rytm bezistnienia. 

Jestem w sobie. Od zawsze. 
Jestem w sobie, ukryta?
Jestem w sobie, zamknięta ? 
... 

Szkłem łez cichych płynę 
Powietrze nasycajac solą 
Immanentnie mokra skóra 
Na policzku mym kreuje byt 

Jestem straszliwie zmęczona.
Brak mi sił na jutro, nie miałam ich już wczoraj... Zapasy finiszowały lata temu.
Cud? 
Żenada.

Leżę. Tonę w czasie. 
Wzloty i upadki.
Sukcesy i porażki.
Oszalałe źrenice,
Brak powietrza,
Bezdech?! Żal.
Krzyk. Pustka.

Nikt nie wie ile tak naprawdę ma sił. To - byłoby zbyt banalne. 
Sprawdzamy siebie każdego dnia. 

Zimno.

***

Święta, święta i po...
Wszystko się kończy i zwalniać nie chce czas na zawołanie, głucha wskazówka wciąż goni godziny na tarczy czasoprzestrzeni, wymiary przenikają się jak zwykle, a machina życia krąży bezustannie szydząc z nas maluczkich.
Godzimy się, jak zwykle...nie mając alternatywy.

Obfite półmiski, szklanki, garnki, pucharki, wazy, talerze i talerzyki, żółta zastawa i biały stół z pęcherzykiem utworzonym z siana pod czeluściami bieli.
Ciepłe słowa w nadmiernej ilości, gorączka - większa niż w szary dzień typowego tygodnia. Ostrożnie słucham, by nie poparzyć wewnętrznych zwojów organizmu wydrążonego już i tak dosadnie kwasem i wydzielinami żołądkowymi. Ostrożnie ogrzewam swoje zmarzniete prawdą, bytem, zmeczeniem palce przy żarze tych wzniosłych zdań i nadziei. Czuje jak ich blask bije mi na powieki, fala przyjemnego wzrostu temperatury spowija moje ciało i rzuca na morze chwili a ja tonę w tym spokoju tak krótkim, bezcennym, jednorazowym, nieuchwytnym...
Nie poruszam się, nie płoszę myśli - rzadkość, nie wzbraniam się. Bezwładnie topię się w tej aurze. Oddaję swe ciało i duszę tym momentom, zdezorientowana, usuwam napięcie z mych kończyn.
I koniec.
Magia znika szybko.
Czar sytuacji - zmienia się w przyziemne świętowanie "u cioci na imieninach", pełne jedzenia, rozmów, zabaw i przygotowań.

Sylwester.
Zabawa.
Alkohol.
Zapomnienie.
Upojenia. Durna odwaga, która nawet w najdziwniejszych scenariuszach nie gra ról.
Najdziwniejszy.
I jego usta w moich ustach.
Bez celu. Bez sensu. Bez przyszłości.
Tak kwestii sprawdzenia - czy człowiek - jako jednostka spontaniczna, niepohamowana ramami powszechnie przyjętymi i uznanymi za słuszne większością jest szczesliwszy? Ruch młodości - carpe diem w przebraniu banału. Maskarada zmiany daty.

Nowy rok. Nadzieje. Ideały. Dojrzałość. 

Tylko szkarada wewnątrz osobliwości społeczeństwa wciąż ta sama. Pieprzony pierwiastek autodestrukcji. 


Ja już nie funkcjonuje jak reszta. Jestem zaburzona.
Psychozyjna wegetacji czułość.
Gram. 

Krew. Kobieca, z nosa, z rany, z ust...


bez milionów, 
choć jesteśmy statystyką
bez tysięcy, 
choć karmimy się zerami
a jesteśmy 
w samym centrum
samotności
bytności 
siebie
i do siebie docieramy tylko
licząc katastrofy i euforie umysłów...






Pusta szklanka na kawie i nogi na butach śnieg pod ziemia na oczach klapy a pod nimi ból.

Wiesz co ? 
Jestem zmęczona, jestem już zmęczona....


nawias żywotności




Kocham.

skomentuj (9)




2010-09-29 02:16:26 >> czarne krople jesieni, świetliki i nocne wróżki, kryształy uczuć zatopione w obojętność

Długa nieobecność, zbyt długa.

Nielogiczna?!

bo wciąż tu trwam, oddycham tym światem,zaciągam się łapczywie, nadmiernie duszę... 

czasami z przerażeniem, pełna trwogi,bez zastanowienia, po omacku, aaa...czasami z nadzieją (?)

małą iskierką 'bo może', może nie starczy powietrza, tchu, ostatni raz?, może już koniec, szybko, a może z ulgą..?

i wtedy boję się myśli.

i wtedy nie znam siebie w sobie.

Leżę na poduszce, nad ranem, nad ziemią, nad wszystkim - i myślę, i sądzę, zwierzam się sobie z życia. Spowiadam sięścianie, rozmawiam z obrazem... i upatruję czarnych sylwetek - co figlują pociemku, jak w teatrze cieni - udając coś, z czym nie mają za grosz wspólnego tematu. Taki złudzenia są ciekawe, zdumiewają efektem niejednokrotnie... bo jakwyjaśnić - ten stan ciszy, nicości, bez myśli, strachu, bezdechu niemalże - a tu wystarczy jedno spojrzenie, impuls do mózgu - złudzenie, iluzja i już się rodzi niepokój... 

Bo to jest świat czarnej magii,najczarniejszej - z głów.

Tu bluzka udaje ręce, a krzesło sylwetkę, szafa rozmawia z obrazem na sztaludze,

 a pędzle prawie pachną jak róże,co w roli są osobiście - falującego morza...  i drobiazgi na oknie płyną jak szaleni żeglarze, a wydeptane kapcie udają milczące zwierzęta... lub gdy -jesteś zmęczony pokój pragnie Cię pojmać, jak więźnia zawiesić na szubienicy żyrandoli, albo katem straszy z obrusową kosą... a Twoje drżące ciało niepoznaje siebie, nie czuje codzienności, odcina się od życia. Przez chwilę krótką stąpasz po innym wymiarze, gdzie czarność ma władzę, a oczy są ślepe,zapach nic nie znaczy, gdzie instynkt zapala czerwoną lampkę...oddychasz bajką.

 

Gdy byłam młodsza wierzyłam, że wszystko wokół nas żyje. Po ciemku zamykałam powieki, a po ich otwarciu przyglądałam się enigmatycznym misternym atomom - które w rzeczywistości stanowiły różnokolorowe plamy - wytwory zmęczonych gałek ocznych po starciu z całodziennym światłem sztucznym i naturalnym. Nie wiem na ile rolę odgrywała tu moja wyobraźnia, ale lubiłam te chwile. Te momenty sam na sam z otaczającą mnie barwną przestrzenią.Mogłam wtedy bezkarnie rozmawiać ze złotymi elfami, obserwować widowisko srebrnych świetlików latających po pokoju, albo małych iskierek tańczących walca na wietrze.... a kiedy jeszcze ciemność nie była wszechogarniająca, albo blask księżyca jej na to nie pozwalał - wystarczyło spleść dłonie i już oczy cieszyły się tanecznym pokazem palczastych sylwetek... i wtedy to było ważne.I ważny był kolor liści na drzewach... i zapach zupy, i kotleta. Ubrania ludzi stojących w sklepowej kolejce i wszystkie lalki na półce - samotnie stojące i samolubnie popakowane pojedynczo, jak księżniczki, wymuskane i wystrojone. Elegantki i plażowiczki, syreny i anioły. Pluszowe misie bez przyjaciela... i nocne harce zabawkowych istot, gdy nikt nie patrzy. Barbie chodząca po domu, gdy nas niema... to były czasy... aż same się usta śmieją.

Bo w sumie nie było aż tak źle w tym dzieciństwie? 

Przecież gro osób ma/miało gorzej. Aa pewnie i będzie mieć, bo czasy nastają trudne dla wielu.

 

Może to po prostu ja jestem tylko taka nielogiczna i skomplikowana.

Jakaś odmiana indywidualizmy, psychozy izamknięcia w sobie. Nieprzystosowania.

Natomiast nie do końca standardowa i zrozumiała...

Bo znam ludzi - przecież (do licha...!)bardziej zakompleksionych, w depresji, z problemami...

Dlaczego więc nie potrafię żyć normalnie? Albo chociaż egzystować jakoś w miarę?

Ciągle męczy mnie tylko jakaś odmiana fizycznego bólu - a to aparat ortodontyczny, wyrastające ósemki, a to zabiegi,a to alergie, choroby, skaleczenia, niegojące się rany, ból brzucha, masowe ugryzienia komarów, zawinięta soczewka, zapalenie spojówek.........etc.

a to sam fizyczny ból - samo ciało, same schorzenia bądź urazy rodzaju mniej więcej somatycznego i mechanicznego.

Bez uwewnętrzniania. Bez głowy, środka,serca, mózgu, myśli, emocji. NO I BEZ jedzenia, bądź wszystkich efektów i działań z nim/jego brakiem/pozbywaniem się związanych.

 

Ja już tak żyję. Mieszkam w moim pokoju,butach, rajstopach, kocu, pościeli, to jest mną naznaczone, przesiąknięte,funkcjonuje wspólnie... wraz z kanalizacją, rurociągiem, miską, toaletą, krwią przepływającą przez moje narządy wewnętrzne, palce, solą łez, bólami brzucha, skurczami oddającymi jego zawartość, myślami, planami, ... Tak już żyję. Wegetuję z tym jak z błoną otaczającą mój byt. Ona po prostu jest.Wyspecjalizowana, wypielęgnowana w jakiś sposób, odżywiana, z własnymi charakterystycznymi, specyficznymi mechanizmami, ich przyczynami, efektami i skutkami. To się zazębia, łączy, działa w symbiozie.

Taka tragiczna orkiestra życiowych kolei losu. A torami zmierza pociąg zagłady. A w pociągu tylko Ty i Twoje myśli.

Tylko Ty i głód.

Face to face. Twarzą w twarz.

Czujesz ten oddech... ten nacisk, ten stopień - który pokonujesz, bo nic się samo nie dzieje.

Te wszystkie mechanizmy - to samo nie działa, ot tak, zawsze jest ktoś za nie odpowiedzialny. Jak za tę błonę która sama, cegiełka po cegiełce się nie wytworzyła. Nie urodziła się jednego dnia. Nie powstała też z niczego, nie bezpodstawnie. Była cholernie ciężko wypracowana, wytwarzana, wyszywana niepowodzeniami, złością, agresjami,smutkiem, euforią, celem. 

Tak wchodzi się na stopień, po schodkach życia. Albo kroczysz normalnie, spontanicznie, ale jednym tempem, z gracją,uważnie, ciekawie, jak podróżnik - pielgrzymujesz w zakątki swego losu i odkrywasz zakamarki duszy, albo skaczesz i z impetem, bardzo silnie uderzasz buntem o kanty, naskakujesz, rzucasz się, wyrywasz, wyżywasz, wykorzystujesz czas, co do ułamka sekundy, nie ostajesz na momencik po podziwiać, tylko naprzód gnasz... 

albo jesteś...specyficzny - i nieidziesz i nie skaczesz i nie płaczesz i nie cieszysz się specjalnie... tylko zginasz flegmatycznie, acz zdecydowanie dwie kończyny spracowane, obłąkane oczymasz, liżesz rany, plączesz dłonie, usta szepcą bez pamięci... no i siadasz...na krawędzi - jakby na fragmencie wanny po kąpieli, ktoś tak siedział, bez ręcznika, nagi, bez myśli, dygocący z zimna, w ciemnicy bez nikogo, sam na samz duszą, bez świadomości... i tak spocząłeś lekkomyślnie... lecz z zapędem 'żena chwilę', 'na sekundę'... moment krótki? ... Życie mija. TY NIE WSTAJESZ.Inni biegną. SIEDZISZ DALEJ. Świat się zmienia, schody bledną, czas nieczeka... a TY? NIC. I im dłużej tam tak siedzisz z mokrym okiem, sercem głodnym, twarzą przezroczystą... w tej fontannie wrażliwości, politowania,zaprzeczenia, w tej izolatce duszy... trwasz w bezkresie - zawieszeniu... nie rozumiesz nic i siebie. Nie pamiętać chcesz i nie chcesz, nic. Nicość w żyłach i w źrenicy, i w tęczówkach wyblakniętych, w szarej ręce, brudnej głowie... 

NIENORMALNOŚĆ GRA NA SKRZYPCACH. 

Dwie złe nuty, cztery dobre, pięć dlainnych, trzy dla Ciebie. Wszystko kręci się jak ziemia, Ty na schodach - inni żyją. 

 

 

Ciężkie myśli wiszą mi wraz z głową. Kark nie może już ich dźwigać.

Między dwiema literami, stukotem klawiatury słyszę deszcz. DESZCZ SZUMI. 

Czy to kropli ciężar tak uderza silnie o parapet, czy to paranoje wałęsają się za oknem?

Czy to moje psy.cho.chliki wybijają rytmy nocne, czy też psychodrama się odbywa tak naocznie tu przy biurku ? Alboż moje psychospazmy, psychotropy, psycholizmy, psychotomie, psychodemy, psychoszachty,psychonomii odbijają fizys marny. Odkreślają psychotycznie psychowizmy od psycholii... niecodziennych melancholii. 

 

 

Topię się w mych wydalinach - z ustnej jamy. Jamy nieszczęść. Jamy, japy, paszczy, ust. 

Taplam się w tym okrucieństwie, w tym zapachu, nim przesiąkam, nadmuchuję się jak balon, jak ropucha zzieleniała, jakpęcherze obnoszone w butach całodniowo, jak w kagańcu i na smyczy jestem naczas.. tu i teraz... i na baczność stoję w szereg, w kostki, kropki i paseczki,pod linijki ułożona tu - a tym całym ambarasie. W ambulansie, i w traktacie, wwydalinach duszy.

No i pływam śmiało kraulem - pośród kałuż zniesmaczenia. Zniewolenie i egoizm pilnie mnie strofują. Doglądająbacznie, klarownie kształtują... a ja topię się... lecz wypływam, z wczoraj, zjutrem, z dniem dzisiejszym...

i wciąż męczę

męczę strasznie

 

Ciebie * Siebie * Świat ten cały

Nas * i Was * i Ich .... zmęczona.

 

Wpadam znów w ten basen z gównem. Bagno pełne poplątania. Błoto spazmów. Psychoanalizę.

Wpadam do siebie... pukam do drzwi... i jestem - w tej rzeczywistości, gdzie nic nie jest tym co czujesz, co widzisz i chcesz.

Gdzie wszystko to nic a nic to wielkość.Miary umowne, systemy czyjeś. A świat to zaledwie odbite fale - co omamiają kawałek galarety w oczodołach i siatkę nerwów z kulą nazwaną mózgiem. 

 

Symfonia gra wczorajszych łez

a walca tańczą upadłe dni

co nie podnosi ich już żal

co oschłe z łez minęły gdzieś

śród kalendarzy lichych dni

i wskazówkowych godzin lat.

 

 

~~Waga specjalnie nie szaleje.~~

 

Wesele to piękny dzień w życiuczłowieka. Nie wiem czy to przez tę wszechobecną biel, nadającą obezwładniające wrażenie czystości, czy przez niesamowitość blasku w oczach młodych, czy samąaurę miłości ? A może to zapach kwiatów, biały dywan i kościół - w który tak trudno nam wierzyć na co dzień ? 

Wiem, że takiej magii nie ma już nigdy więcej. Nie ma tego samego spojrzenia, tych samych łez rodziców, bliźniaczo pięknej buzi, identycznie splecionych ust w pocałunku, nawet głupie fotografie są niezaprzeczalnie niepowtarzalnie cudowne.

 

Tylko w miłość trzeba wierzyć.

Tylko trzeba coś założyć.

Tylko trzeba poukładać.

Tylko trzeba jakoś ugryźć....

Trzeba tylko tak to wszystko....żeby w ogóle sensu miało kroplę.

 

Choć MOI MŁODZI nic nie wiedzą, nie mająpojęcia, nie przeczytają. To szczęścia im życzę i miłości. Obojętnie co i ojakim kształcie i charakterze to oznacza. Tego właśnie dla nich pragnę z całegoserca i mojej mocy sprawczej, której jak wiemy mam niewiele... ale o ile tam wprzestrzeni jest ktoś/lub coś co nas słucha i co mi wybacza za życie jakie prowadzę, proszę o to dla nich. Ot tak. Zwyczajnie... tylko mocno bardzo...!

*

 

'Nienormalna?'

'Anorektyczka' 

'Chuda'

'Hm ważysz o 22g za dużo!'

'Chudzinka'

'Mama Cię nie karmi, nie jesteś droga wutrzymaniu'

 

Ludzie... zajmijcie się tak może sobą,hm? Przytulcie siostrę, pocałujcie żonę, powiedzcie matce że ją kochacie i uśmiechnijcie się do ojca, a dziecko złapcie mocno za rękę - i cieszcie się tymwszystkim. Tu i teraz w tej chwili. 

Bo ja... i tak muszę przeżyć swojeżycie.

Bo ja się tylko denerwuję, denerwuję tymi to denerwuje moją Matkę. Drażni mnie.

 

*

 

·To są jej 3 lata. Widzisz ją ? Ona ma wrekach caly swiat i jest Pania swojego zycia! Czujesz to?...... (...) ·

Dziękuję za te słowa. Miło patrzeć, żektoś w coś tak wierzy.

Niesamowici ludzie są wśród nas.

Nie. Proszę nie mylić 'niesamowici=cudowni', albo 'niesamowici=dobrzy' to ciężko zdefiniować, tylko np. niesamowici = niepowtarzalni, oryginalni w jakiś sposób zapewne zepsuci...

 

 

Tęskniłam.

...ale jestem.

Przecież wiecie, że ja - tu - na zawsze?

 

OBOJĘTNOŚĆ. STRACH. NIEPOKÓJ.NIEPEWNOŚĆ. NIEGOTOWOŚĆ. NIENAWIŚĆ.

szkielet chleba powszedniego.

 

.i kalosze przeciwludzkie, na deszcz słów, we mgle nietaktu wewnętrznego, moralizatorstwa dobrych chęci.

.

literacki tlen, kompres na duszę ichwilowe odurzenie przedekranowe z myślą w ręce i sercem w gardle

lubię te chwile

.

 .........

gdzie jestem? 

 


skomentuj (12)




2010-07-04 01:32:29 >> elfy i nadmorskie muszle, na ostrzu noża, w kalendarzu i czerwonej skali WAGI nicości, brnę w czerń

Jestem wciąż. 

nienaruszalna...pokorna.
moje ja w szklance z colą light topi smutki wybrakowania

Przepraszam - że tak długo, byłam na pierwszej części wakacji, 
ach! ale tak jak i szybko się rozpoczęła, równie migiem skończyła,
mam nadzieję że mi wybaczycie, na razie jestem tu i będę, o.

Żółć piasku, ciepło, gorąco, spokojnie
i szum fal, dreszcze, lęk i niepokój, zimne dłonie i serce w gardle.
Nie pomaga niebieskość nieba, ani czystość śnieżnej chmury, blade
obłoki wywołują tylko melancholię i podkreślają z bryzą upływ czasu, 
migające sekundy, minuty, godziny, lata, TIK- TAK, to TWOJE ŻYCIE,
TIK-TAK rozumiesz?!, TIK-TAK NIEtwoje ŻYCIE, 
lata, cofa się i biegnie, 
szybuje gdzieś poza granicami umysłu, stapia się z uderzeniem gorąca
i odbija jak piłeczka od pozorów podświadomości.....
TIK-TAK i nic już nie ma. Piękna pustka lazurowego wybrzeża, fotografia pamięci
i zero uczuć, emocji, błyszczących oczu, tylko nicość i głębia niebytu.
A ty tylko stoisz nędznie, jak żebrak egzystencji poszukujesz sensów, smaków, rodzajów,
jak żałosne NIC odkreślasz grubą linią dziś od wczoraj, białe kartki bliźniacze, nic nowego,
ten sam gest i mimika, te same słowa, STOISZ i NIE MA NIC.
Tylko życie toczy się dalej, 
tylko małe rączki dzieci budują niewieczne zamki i banalne świątynie złotymi ziarenkami,
tylko wilgotne wargi ludzi rozchylają się w uśmiechu raz po raz, udając szczęście,
małe kolorowe latawce drobną nicią poszukują innych wszechświatów, 
a groźne morze nuci kołysankę współczesności, pachnie solą i ciszą, 
a tam! tam smętna mewa kołysze się na wietrze, próbując wygrać walkę z żywiołem,
mała biedronka omija kamyki, toczone przeźroczystą cieczą życia, tętniące zakłamanym istnieniem,
tęczowe parawany słuchają ludzkich historii, autobiografii, zwierzeń, błahostek w sztucznym skupieniu
na baczność stojąc zaciekawione - myślą gdzie by się 'wyrwać',
a starsze kobiety skłonne do zwierzeń trzymają serce na dłoni, łapiąc promienie skrupulatnie
do wycieńczonych zmysłów, szare koszule gdzieś wiszą na drzewie - pamiętając o infantylnej radości,
matczyne ręce otrzepują piach troską pielęgnując swe kwiaty, aby wyrosły ogrodem nadziei...
i tylko sensu nie ma w tym żadnego, bo wszystko toczy się naprzód - kiedy TY stoisz
w bezruchu w duchocie, dławiąc się własną hipokryzją, zanurzasz stopy naiwnie w egoizm, 
próbując ustalić temperaturę napięcia, bezduszną skalę nienawiści, jaką okrywasz co dzień swe ciało,
budujesz z tafli kart fundament przyszłości, na mocnych zamiarach, by później skrzętnie owinąć
to w sedno - jadowite jak żmija, co refleksem dusi powrót i pali mosty do nikąd, sumiennie tworząc złotą klatkę,
bez drzwi do świata i bez okien, z klamką do ziemi i zimnej mogiły i schodami do czegoś, co nie jest.


Najgorsze to czuć jak narastasz, jak centymetry wydłużają się w nieskończoność,
jak odbicie krzywi się w źrenicy, rozzuchwala i uparcie dąży do niebotycznego rozmiaru.
Dotykasz ręką nogi a czujesz jakbyś rozwarstwiała milion tłuszczowych komórek, obojętnych,
autonomicznych wytworów żywiących się pokusą, smutkiem, złością, żalem, uciszeniem, złym słowem,
karmiących cię koszmarem, na jawie sen i we śnie jawa, miesza się i gna przez czas razem,
milimetry, centymetry, metry, kilometry, skóra, ciało, cielsko, krowa, świnia... ?!!!!
shhhhhh.........
szmata! suka! wołam siebie z odbicia, wyzywam w bezmiar, w nieczas, pustkę,
dziwka! idiotka! naiwna! wrażliwa! szara! ŻADNA! WIELKA! GRUBA!
i krzyczę tak do szyby, wierzysz? głupiego szklistego fragmentu, bez krzty emocji, 
niewzruszonego na piękno, brzydotę i wszelkie przekleństwa świata,
rozdzieram się w przestrzeń i na pół wykręcam w horrorze za dnia, w głównej roli mojego 'ja', 
życiowego scenariusza pomyłki, wstyd. 
Wyjmuję wnętrzności i głaszczę w napięciu, jak matka ściskając dziecko w obawie przed brakiem uczuć.
I ściskam, pielęgnuję, na kolana! na kolana! noszę na rękach... przepraszam za wszystko, 
znienawidzone, życiodajne, bezczelne, potrzebne, dar od Wyższości, od niewyobrażenia.
I patrzę z pogardą na resztę..... mięsną kupę i płaszcz - powłokę siebie, brudną i mokrą od łez
i słabą jak nikt, bezszelestną jak głaz, ciszę za dnia, poranną rosę życia, energię i niemoc. 
I rzucam się wokół, na barierę bez luk, bez wyjścia i rad, bez małych krasnoludków z bajek o Sierotce Marysi. 
A właściwie z motywem przewodnim - zapożyczonej sierotki... emocjonalnej sieroty, nienauczonej niczego. 
Żyć chcę skaczę, buntuję, wrzeszczę, rwę struny głosowe do utraty tchu, ostatniej sylaby...... żyć?
Przepraszam siebie  - wbijając sobie nóż w brzuch, głaszczę po głowie, skręcając kark, 
biegnę czołgając się bezmyślnie, z niezasznurowanymi butami, idę w miejscu nogę podnosząc bezwładną
lekko jedną po drugiej i obie i  znów, w tym punkcie co byłam. Ani drgnę. 
^^^^^
By zrozumieć coś, zasiać ziarno nadziei i zebrać plony... po czym spuścić je w  N I E J , niemorskiej, niemałej,
w naczelnej, w istocie, w uosobieniu spokoju i ciszy, (I PŁACZU I ŁEZ I STRACHU I NOCY I LĘKU I BEZDECHU I...I...I!..I...! shh...)
i radczyni, wiernej słuchaczce, pełnej słów, bólów, cierpień (i ŻARCIA?!), kochanej, niezbędnej (znienawidzonej suce).
toaletowej muszli.
bez skrupułów, zimnej i szklanej - jak lustro, 
rzeczy ze szkła są bezwzględne.
A może to szklany manifest do ludzkości?

nie myślę.
tak - o pustej głowie trwam.
siedzę, i nic, na ścianie farba, a farba ma kolor, a kolor jest z palety, a paleta malarska, a malarz maluje, a świat się kręci i życie ucieka, a ja nie gonię.
D l a c z e g o ? 

tylko siedzę w białej kałuży, jak dziecko nierozumnie, brodzę w rozlanym mleku z przedwczorajszej szklanki
WCIĄŻ.
i chlapię na około nurzając się głębiej, w istocie niemyślenia o teraz i jutro, nie bania się, spokoju i brodzę po powierzchni - jeden krok do przyszłości, do drzwi 'wkrótce', do drzwi 'nowe', do drzwi ' ż y c i e ' natychmiast nurkując, na chama wciągając głowę rękami pod wodę jak tchórz.

coraz więcej dni, 
kalendarzy,
miesięcy i lat - za mną.
a ja?
wciąż niedorosła,
nie tak - by mieć coś z dziecka, fantastyczną radość i bezpośredni żar, 
to raczej coś - z serii naiwnych niefortunności i niezrozumienia, strachu przed... .
wciąż niedoskonała (głupie stwierdzenie, bezmyślnie powierzchowne), raczej nie taka jaką być powinnam, chciałabym.
niesamodzielna psychicznie,
potrzebująca wokół ludzi których nie ma
przytulająca odpychając, odpychająca przytulając,
szczerze zawistna, zawistnie nieszczera, zakłamana, psychiczna?, psychodeliczna?

tęskniłam za WAMI. 
nad morzem - za TU , za TYM że można gdzieś wylać wnętrze i opatrzyć ranę, przytulić się do słów i przyjąć uwagi.

dziękuję, że jesteście.
nic nowego?.


U MNIE - 44KG. Ba - nawet 44 z kawałkiem :|
Teraz jeszcze jutro, później RYGOR,
następnie I obóz - rygor, przerwa, II obóz rygor.
Chciałabym do 16 zobaczyć 40kg. Bardzo.

Minimum żarcia, sporo ruchu, może pobiegam? mata do tańca, stepper, basen. 
Pójdzie jakoś. Musi?

Zawsze zostaje toaleta i popękany przełyk z krwią skłonny do poświęceń z wykręconymi narządami.


małe elfy mieszkają w bramach dusz, poszukując serc niezamieszkanych, zlodowaciałych bezmyślnie okrywając je nadzieją - ratując ich istnienie, nasycając promieniami słońca, letnią tęczą i deszczowym tchnieniem, wieczornym asfaltem i rozgrzanymi dłońmi, uczą żyć i życia, małe anioły nieskończoności, by je obudzić - trzeba najpierw otrzeźwić siebie, bo nic samo (i przypadkiem) nie dzieje się, budźmy elfy by mogły pokazać nam cuda, zapukać w okiennicę i puścić oczko szczęścia w codzienność, by uśmiechnięta twarz nie była maską, a pokój bez klamek zamieszkały lalki z dzieciństwa...
**

co czułeś gdy piłeś podczas mojej kąpieli, gdy udawałeś Tato że to nieprawda, gdy próbowałeś zachowywać się w normie?
zapewne nic, bo masz prawo, bo TY, bo TY, bo TY, bo musisz coś zawsze z czegoś mieć, bo jesteś ważny, bo nie potrafisz inaczej,
bo piłeś - choć wiesz, że tego nienawidzę aż potknąłeś się z własnego pijaństwa, pomogłam - posprzątałam, oskarżyłam Cię - choć mogłam powiedzieć nie, że 'jesteś pijany', a że 'jesteś pijany dziś, jak wczoraj, jak od początku wyjazdu, tak! tak samo jak jutro będziesz, oczywiście na noc - może spać nie możesz? hm? , jeśli to jest przyczyną to od dobrych kilku lat, pamiętam jak byłam mała ciekawość doprowadziła mnie do szafy co Ty tam chowasz, no co..? i oto jest- panna butelka, wódeczka, a tu w tym roku zaskoczenie nie widziałam, nie przemknęła mi przed oczyma i co? JEST! schowana za tym kurewskim stolikiem z drewna, z zabudowanym dołem, ukryta, skrzętnie - wstydzisz się?masz problem? czemu kurwa pijesz? czemu? ? ? "
Nie. Nie jesteś alkoholikiem i nigdy nie byłeś, chociaż nie wiem czym byś się różnił - w końcu skóra nie stałaby się zielona, a oczy nie wyszły z orbit na znak, że O TO JUŻ!, niestety - a może i stety, więc czemu? dla przyjemności? relaksu? 
to jest frajda - ? - napić się na szybko, póki wyszłam się kąpać do łazienki, albo poszukać pretekstu 'wyrzuć butelki - zejdź na dół, tam jest kosz!', żeby walnąć sobie jednego, fajnie? 
ZAJEBIŚCIE. 
Tylko ja wiem, zapewne hm, więcej niż myślisz?

Do tego jestem - tak jestem - jestem zazdrosna o te telefony, o te kobiety i o te rozmowy, chcę by było Ci dobrze - ale mnie gdzieś ta pępowina, połączenie ojciec-córka ugniata w serce. NIC nie umiem poradzić. Nawet tego nie wiesz, pewnie nie przewidujesz nie gdybasz tak nawet heh... pf.

I nie mów mi proszę, raz - że najchętniej to byś mnie ubezwłasnowolnił bym wyglądała normalnie - a drugi - że nie jestem aż taka wychudzona jak te szkielety, za którymi błądzę tępo wzrokiem na ulicy więc nie jest źle.
'choroba'  <-> ' nie, mama na pewno nie dopuściłaby do tego' 
ach och ech 
nie zadław się.

jestem kłamstwem ubranym w cielesność, myśli i osobowość,
nędzną kreaturą bez cna litości .
bez cholernych skrupułów.
wiesz?!

a tak w ogóle to obiecałeś zabijać mi owady, a ja się bałam, 
trzęsłam jak dziecko pięcioletnie, płakałam, wyłam, sztywniałam ze strachu, 
ale NIE  - bo spałeś - bo byłeś po alkoholu, bo mam spać!, bo mam Cię nie budzić.

a później mnie przytulałeś, następnego dnia śmiejąc się w twarz udawałeś niewinność i jedliśmy śniadanie.

TO BYŁ EPIZOD WAKACJE , z Tobą po raz 16 ? długo. boję się, że będę zawsze pamiętać. cieszę się, że będę pamiętać.
Martwię się, że kiedyś Cię zabraknie a mnie zeszmacą wyrzuty sumienia, wyplują i wyrzucą gdzieś na bruk samoakceptacji jeszcze niższy niż teraz, choć już jest depresja. Że pamięć będzie jak rana, świeża, że będę wyła. wdech- wydech -wdech. Żyjesz. Jest ok.
*

Nic nie wiecie. Ludzie.
Kto jest kim i co. i gdzie. i jak.

*

ja sama nie wiem kim jestem, i gdzie, i po co?

.

skomentuj (17)




2010-04-30 00:31:09 >> powiedz dziś jaka jesteś głupia, powiedz już albo milcz na oleju obrazu wczorajszej pshysis

Na szkielety jutra składam park nadziei z alejami do nieskończoności, niespełnionych kłamstw.
Na szkielecie jutra, fundamencie świata wieszasz stary płaszcz - spacerowy wieszcz. 
Nic nie mówiąc zabijasz myśl, powinnościami, skupiasz abstrakcję w rzeczywistość, odziewasz twarz w maskę. 
I brniesz bo jesteś 'TAKA PEŁNA ŻYCIA' - niesamowite. Może powinnaś być aktorką?
Tragedie i dramaty - to wspaniałe emocjonalne strzały w dziesiątkę. Komiczne bulwersy. 
creme de la creme współczesnego strachu wielkie oczy w małych okularkach
a szkiełka wbijają się w biel, ukazując czerń zamiarów, ból i nieczystość sumienia.
wypływasz

a rzeka jak nurt poniesie Cię - wczorajszą statystykę, nawodnisz pola -przyszłego pokolenia, kosmicznych cyborgów totalnej znieczulicy, ofiar paranoi 

żyć |nie| żyć

Każdy dzień na nowo... buduję.
Każdy dzień na nowo... rozkładam na czynniki.
Każdy dzień na nowo... rodzi się, bym ja mogła go stracić.
Zdeptać. Zakopać. Opluć. Zbesztać. Splamić. Zmyć. Zatrzeć. Zapomnieć. Zasuszyć... 
i wrzucić do starego pamiętnika bez myśli, pustego od słów, cichego od wrzasków, prostego od łez.
Ewidentnie.

To nie jest tak, że chcemy ranić. Tylko ranimy. 
Bo to nie tak - że chcemy w to brnąć, że wołamy kelnera życiowego i zamawiamy porażkę, ona krąży tuż nad przystawką.
Mamy smak na złość, mamy myśl na smutek i predyspozycję do przeżywania upadku. My ją po prostu wabimy. Przyciągamy zapachem, urodą, istotą, refleksją... i zaciągamy starannie na talerz - jako danie główne. Pierwszy głos na koncercie uczuć. 
Później idzie już łatwo i szybko. Dajemy się zmanipulować, ogłupieć, zwariować. Nie ma nas. Istniejemy jako CIAŁO wspólne. 
Wielkie, ohydne CIAŁO niezgody. Złożone skrupulatnie na kolana nasze z cierpień, motywacji, chwil emocji, pustki i strachu. Skomponowane przez mistrzów, zaadoptowane przez zwyczajnych śmiertelników. Ot po prostu...

Idę ulicą i widzę wszędzie krew
czuję jej zapach w tępym tramwaju, 
słyszę jej dźwięk w trzaśnięciu długopisu, 
dostrzegam czerwień w ludzkich kooperacjach, 
poznaję charakter na zatłoczonych ulicach.
Nasycam się nią na samochodowych maskach, nieludzkich twarzach,
odnajduję ją w lodowatym spojrzeniu i gorącym pocałunku.
Raz po raz - świeżą czułym geście hipokryzji i gnijącą na wczorajszym talerzu moralności.
Czasami tylko w bezbarwnej kawie, czy nie zabarwionej tęczą czerwoności herbacie szukam sensu,
powodów bezsilności i siły rozważań, szukam dna i sedna, szukam wzlotu i upadku, powodu i rodzaju.
Zawsze zostaje tylko pytanie, jedna zagadka, oczywista niewiadoma bez znaków, wrażeń, pozorów...
To tylko echo płacze czy świat ? 
To tylko łka skalana dusza, czy ego pękło ? 
...
Jedyna komplikacja bez odpowiedzi.
Zagadnienie bez łez i bez właściciela. Bez poddanych i oszukanych. Bez wierzących i niedowiarków. Beze mnie i Ciebie.


Niesiesz ten bagaż, Ty, Ty właśnie - stając na wadze z całym swym sumieniem, 
z całym 'grasz czy nie grasz', 'jesz czy nie jesz', 'żyjesz czy wegetujesz', 'funkcjonujesz czy śnisz na jawie', 'być czy też nie'. 
Stoisz i wyjesz. Drzesz się i rozwarstwiasz na miliard cząsteczek, z których każda samodzielnie kumuluje wskaźnik zniesmaczenia, naiwności, nienawiści. Euforię radości i łzę zagłady. Najdrobniejsza jednostka razy tysiąc nasyca cały organizm. Od nowa i od nowa.
Schematycznie. Wciąż tak samo. Adekwatnie do wczoraj, do zeszłego roku, miesiąca, tygodnia, beznadziejnie, bezlitośnie. 
Już tak jest. Tak jest.

DOKĄD IDZIESZ?
DOKĄD ZMIERZASZ?
Nie ma drogi. Są tylko przepaści. Nie ma liny... TYLKO BRZYTWA rani Ci zmęczoną dłoń... Onieśmieloną postawę, obrzydzoną sylwetkę, przekrój i wykrój. To NIE TAK JAK widzisz. To tylko Twoja chora paranoja. Chora głowa. Chora przestrzeń. Chora perspektywa. To tylko ten narkotyk w żyle, jesteś jak ćpun... potrzebujesz się zniżać aż pod dno, na drugą stronę osobowości, na partery moralności i wieże lęków. Tylko to trzyma Cię przy życiu. Te myśli. Te zapachy i smaki w twojej skórze, w twojej myśli, wzroku, kształty, głód i przepełnienie. Odruch wymiotny i połykanie. Skłon i wyprost. Uścisk i Rozluźnienie. Życie i Śmierć.
Zdrowie i Choroba. Wiara i Niewiara. Sen i Życie. Prawda i Kłamstwo. Obłuda i Rzeczywistość. To Ty - to kompilacja Twojego nędznego ja. Nieodnalezionej tożsamości. A ona siedzi i milczy, patrząc dwuznacznie na to do cholery wyprawiasz... i wzdychając niemiłosiernie, modląc się i wykrzykując na przemian, tłumacząc i krzycząc na przekór czasowi, na złość bezsilności. Bunt osobliwości. Cisza.

Chcesz czy nie ?
Czasami boimy się przekroczyć próg by poznać nową przestrzeń... Raz -że lubimy trwać konserwatywnie w starym, czuć się wygodnie, relatywnie dobrze, względnie spokojnie i bezpiecznie, zastali, lubimy być 'na swoim', niezmiennym, prostym. Może i banalnym, ewidentnie standardowym. Skutecznie, czy też nie - trwamy tak, replikując nasze dni, co dzień. Ale jakby dać krok wprzód? Porwać się raz... z wiatrem... zawisnąć na linie i puścić... polecieć tam - gdzie wzrok nie sięga, gdzie nie ma wczoraj i jutro, a imię to nowość, świeżość, inność. Gdzie nie rozróżniasz lepiej/gorzej. Tylko NOWO. NA NOWO .
Nie bać się zobaczyć kilogram mniej, nie lękać się siebie - i ponieść się tej sile, tracić kilogram, następny, następny, przekroczyć barierę psychiczną. To jeszcze nie śmierć. To jeszcze nie tak. Mogę sobie pozwolić. Jakoś będzie. 
To ta blokada - jedyna trzyma mnie przy tych czterdziestu kilku. CZTERDZIESTU KILKU - to brzmi tragicznie.
Dla mnie dużo, dla innych pogardliwie trąci głupotą, naiwnością, bezmyślnością, nieistotne.

Nie chcę tej blokady. Choć wiem, że gdy puszcza głupiejesz... źrenice biją dziwny rytm, a krew płynie inaczej. Siła grawitacji ma naleciałości szachisty, a myśli trwają współistotnie z resztą w bezgłosie, w trwodze, w zastanowieniu ' co dalej? '

Spowiadam się sztalugom, z dni nieżywych i pragnień nieistniejących.
Z myśli głupiej i pustki wrzeszczącej. Z ptaka śpiewającego o niebieskich migdałach i złości spod poduszek.
Z miękkich materii i ciała, co sprawia ból. 

'powinnaś iść do tego psychologa, jeśli w nich wierzysz i powiedzieć 'JAKA JESTEŚ GŁUPIA' 
a może i kurwa powinnam? 
ale nawet na to mnie mentalnie nie stać? 
nawet na to nie pozwala mi moja gra? życie? maska? kłamstwo? 
brednia
nawet się nie zbieram.

Idę zrzygać ciężar smakowych problemów, stłamsić myśli, zakreślić w kalendarzu czerwienią - kolejny chory dzień mojego istnienia. Pomyłkę Boga. Pomyłkę świata. Chromosomową wpadkę idei. Wyjątek potwierdzający regułę - doskonałości świata.
Niedoskonałą makabrę.

Gdy tak wiszę nad przepaścią a pętla przytula mą szyję 
myślę czy to nie grzech tak wyręczać życie
czy to nie nazbyt wielka ulga kończyć z sobą zostawiając to wszystko w toku rozwoju
zostawiając nieprzeżyte dni, niewypełnione chwile, nieodstukane sekundy na starym zegarze, bezszelestne kukułki...
czy tak można? 

gdy tak wiszę z pętlą na szyi zatruwam się jadem, jak absurdalny skorpion, 
zwijam jak żmija chcąc zebrać żniwo złością, atakując jak smok i paląc- niegodną

gdy tak wiszę, modlę się o jutro, o inność, o siłę... choćby kosmiczny cud, niewyjaśnione zjawisko, czy głupi banał

gdy tak... czuję, że w lustrze jutra znów ujrzę dziś, zamieszkam we wczoraj ubrana w nicość.

Gdy tak myślę - pętla zdaje się być ukojeniem, a sens.... zanika.

Wypaczamy siebie.
Swoje ja, swoją osobę, swoje charaktery, uczucia. Topimy myśli. Zwracamy życie... 

nikt nie ma prawa.

nikt go [kurwa] nie ma! 
ale życie boli
a ból nie daje oddychać
a oddech topi
a myśli nucą kołysankę......by spać jak najdłużej, by prąd myślowy wybrnął z labiryntu, by tęcza jutra otrzeźwiła szarość kalendarza, by wkrótce było różowsze, by dziś zapomniane, by było inne. inaczej. niezwyklej. normalniej. prawdziwiej. prościej.


w mojej głowie cisza
uśpiłam już wszystko
perfekcyjnie pod linijką leżą w rzędzie jak trumienny rząd- wiara, sens, miłość, nadzieja, prawda, życie
zamrożeni do lepszego
zamrożeni do kiedyś
na niewieczną wieczność
niedzisiejsze dziś

ból . strach . smród . brud . kłamstwo . 
rozum i szkiełko starca, romantyczna forma 
opinie
NICOŚĆ
żal

chuda. co to właściwie znaczy? (BEZ)względna względność.
koszmar.
sukces i porażka. nadzieja i pustka. wzlot i upadek. marzenie i przekleństwo.
przykrywka i myśl główna. prawda i obłuda. CISZA. i KRZYK. 



poczuj tę krew, którą pompuje serce gdy nie ma już nic
pustka.


AAA.

skomentuj (8)




2010-04-11 23:23:55 >> Śmigła samolotów filtrują listy dusz na przyszłość, zbierają martwe plony z ciężaru wniosków jutra.

Obudziłam się gdy wyrwało mi serce,
i zgasła muzyka,
i świat zgasł.
Obudziłam się gdy brakło kalendarzy
i dni białe w szarości mgły nierozsądku opadły,
i dni smutne pogrążyły się w deszczu niosąc kroplami spokój.
Obudziłam się krzycząc z ciszą na ustach,
z sercem na ramieniu, albo i bez ducha.
Obudziłam się czując, widząc, drżąc.
I NIE ISTNIEJE.

Wielkanoc. Minęła beze mnie tu.
Przepraszam.
Byłam w kościele, w koszyczku wielkanocnym, na pisance, na każdej malowance, gałązce, pachnącym listku i w soli kryształów stosie niewielkim.
Zachwycałam się wiosennym słońcem, słodkim zapachem ciast w sklepowych witrynach, zniechęcałam kolejkami niezmartwychwstałych ludzi, w szarych strojach, w morzach problemów, brudnych sprawą, czekających na chwilę z rodziną.
Nawet usiłowałam zrozumieć kruchość skorupki wapiennej białka ze złotym sercem.
Rozbijamy je - na pojednanie, na zrozumienie, ku pamięci. Nie krwawią, nie plamią. Są takie czyste... 
Tylko pachną życiem. Życiem, które przecież w nich zabijamy. Zjadamy nienarodzone. 
Lubię jajka. Nie lubię tylko o tym myśleć. Bo to za dużo, bo to za dużo -tu wśród ludzi i WIELKICH spraw. Śród katastrof i rozpaczy.
A one same są bezwładne, niemocne. Symboliczne.
Najpierw rodzą się, dotykają delikatnie ziemi, później je zbieramy, malujemy, stroimy, przebieramy, wycinamy, wyklejamy, otulamy marynarką z plasteliny, czy cebulową poświatą. By chwil kilka potem rozkroić ich osobowości i w majonezowym akompaniamencie złożyć im hołd na rzodkiewkowych ustach z kanapkowym mazidłem. Spokojnie, rezolutnie, zwyczajnie. Bez żalu i pomyślenia.
Tak jest.

Tragedia. 
Żałoba.
Czarność.
Bo życia jak perły na wietrze, nurty rozrzucają nieznanych rzek i morza płynące w wieczność tylko znają ludzkie opowieści... 
Tyle serc, 
dusz, rodzin,
tyle rąk, niewypowiedzianych zdań, zamiarów, planów, ust, oczu już się nie poruszy. 
Ani drgnie w machnie współczesności.
Ani ruszy w ogromie spraw rzeczywistych ważnych i mniej ważnych.
Osobista. Prywatna. Społeczna. Pewnie też i narodowa. 
Katastrofa.

Lecieli w słusznej sprawie. W ważną podróż. W istotnej misji.
I już nie wrócą... 
Na tarczy, z tarczą, pod tarczą, obok, z sensem czy bez, lubiani czy nienawidzeni.
Nie zamieszkają już w naszych telewizorach, radioodbiornikach, na naszych ustach, w rozmowach, krytykach...
Żyli, a mignęli tylko nieśmiało w fali żywotów.
Trwali, a ręką jedną na plażach odcisnęli piętno istnienia i jedną chmurą wiatru zapomni o nich litosfera.
Kolorowali nastroje, wrzawy, szkicowali obraz kraju, polską mapę, historię i kronikę, a staną bezbarwną ciszą na szalach przerażenia, tego dziwnego niepokoju, niespotykanej bezgraniczności, wartości, jakości.

*

Położą tak istotę człowieczeństwa
w arkuszu drewna, w kontemplacji żywiołów
śmiało w ziemię zakopując, pogrzebią ostatnie słowa,
serca, nadzieje. Skrupulatnie malując na ostatnie spojrzenie
otwartego wieka żywotność oczu, odwagę i życiorysy....
Nie ujmą istoty. Ominą charakterność, żal, smutek.
Zostawią pożądaną kukłę, na prośby najbliższych, na 
oczekiwania, chwile... Tylko szkliste oczy prawdy się nie bojąc
będą patrzeć inaczej. Tylko zimne ręce lodem nietutejszym obejmą
powietrze. Tylko nogi, pale. Nieruchawe strzępy... będą w marszu płonąć
ostatniego dzwonu, na rozstaju światów, łez, kwiatowych serc urwanych z teraźniejszości,
dla których jutro nie ma sensu, a wczoraj iskrzy bólem. 
Panie pozwól ukoić męki, pozwól przybyć tym co nie zabawią więcej na ziemskich czeluściach,
tym co się zabrali w najpiękniejszą podróż ku nowemu, w tajemnicę żyć, w zakamarki czarnych świateł, bieli i anielskich harf na pokuszenie. Których wezwałeś - bezlitośnie wyrywając po jednostce z naszych przyzwyczajeń.
Jeśliś jest, jeśliś żyw, jeśliś wszechmocny... to wiesz co robić. TY wiesz. A my ufamy Tobie.

*

Zapalmy w naszych sercach znicz pamięci, by dawał tło mądrości na przyszłość, na jutro, na dziś, dwie chwile życia... 
Zapalmy płomień miłości, by mógł ogrzewać nas wszystkich, by mógł zdziałać cud, oddychać z nami.
Za wszystkich z 10.04.2010, za Jana Pawła II, ofiary z Katynia, z Kamienia Pomorskiego, 
za sprawców zbrodni i cierpiących, za wyzwolonych i podległych, za naszych bliskich i dalekich, za wszystkich tych którzy są już po drugiej stronie barykady. Po drugiej stronie lustra.
By w ich krainach działo się lepiej, by w ich powietrzu mieszkała miłość i bezpieczeństwo.
Byśmy my sami chcieli tworzyć te lepsze dni... te tęczowe obrazy do których pragniemy wracać w czarnej godzinie i padole smutku.
Potrafimy. Wierzę.
*

Osiemnaście.
Osiemnaście.
Osiemnaście - a jakbym miała trzy... lata.
Jak dziecko płaczę, w obliczu ciemności, i myśli ciemnych, i słów boleści.
Jak dziecko krzyczę - w strachu i panice oczu.
Jak dziecko proszę o uczucie wszelakie, dzień po dniu... i jak dziecko daję, tak jak potrafię.
Bezgranicznie. Prosto. Nieskomplikowanie. 
Nieprzystosowana - jestem. Nic nowego.
Niegotowa - jestem. ..... ach
Dorosła?
W papierowych podpisach i tożsamościowych przywilejach.
Bez tożsamości rzeczywistej, bez siebie, marzeń i planów.
Bo ja proszę pana nie istnieję od lat kilku... martwe zionę powietrze w nozdrza i z oczodołów płyną łzy obrazów niewrażliwych... Bo ja panie drogi nie pamiętam zasad żyć. Nie rozumiem ich kodeksów i człowieczych przypadłości... nie godząc się na los w trwodze.
Chowam się przed jutrem w szafach dziś - w sukience z różowych kwiatów, ciepłych róż, pluszu maskotek i kubka kakao. 
I jeśli mogłabym pragnąć, prosić o cokolwiek, niegodna wysłuchania... chciałabym utonąć w kielichu miłości, bez strachu, żalu, bez codzienności toaletowych ścian, kalorycznych strachów, miarowych bezmiarów, zakłamanych spojrzeń i chorych myśli.
Zrzucić ten ciężar... który trzyma mnie w garści i rozgniata bezgranicznie.
Bezboleśnie być.
Trwać.
Albo w mokrej się mogile już ułożyć, niezrodzona nigdy. Oderwana z historyzmu.
~

Smutno.
Źle.
Najlepsze myśli - pukają do mnie gdy jestem pod prysznicem. Kiedy gorączka wody zmywa ze mnie opary spraw codziennych, kiedy jestem pusta i pełna niepokojów jednocześnie... kiedy szumi kran... i w powietrzu roznosi się mydlany zapach kosmetyczny...
.

Jestem nieprzytomna i w tej nieprzytomności budzę innowacyjność nowości instynktów.
Otwieram jakieś bramy, drzwi nowe, odkrywam archipelagi szarości i nowe pokłady czerni i bieli... 
Samotność przecież wypacza i wyżera. Zabiera osobowość. Kradnie ducha. Depcze godności. Prowadzi do desperacji, złości, zdziwaczenia...... prowadzi w tę czarną stronę - i pochłania, porywa wgłąb... 
a ja leżę na ziemi, gryząc mizerne pięści i dając się rozdzierać.... bez walk. bez słów. W TAJEMNICY.

Czuję się tak obca dla innych, że sama się zastanawiam czasem - kim jestem ? Kto tak naprawdę mieszka pod tymi włosami, za tą skórą i jaka krew płynie w tych mapach życiorysu, na dłoniach cielesności i podbiciach stóp... kim jesteś ? i co [z]robisz jutro?


nie wiem nic. 
gubię się. 
nie trwam ostatnio.
za dużo wszystkiego.
KOCHAM. Tęsknię. Pamiętam.
Będę pisać.
Wspominałam kiedyś, że się przywiązuję ? Jestem za bardzo przywiązana do tutejszej rzeczywistości, do takowej sytuacji, do jakieś połowicznej prawdy przed sobą samą, by zapomnieć i zaginąć gdzieś w bezmiarze. Jestem przywiązana do TU i TERAZ. Do Was.
<3.

Przetrwać trzeba mi... wytrwać...do kiedyś.
Urodziny jutro.

Nie ważę się na razie. Nie umiem. Nie mogę.
Może więc dziś ? Przed jutrem?  Ghm.
Stan nieważkości umysłu, odrętwienia i ogólnej niewiedzy z przewrażliwieniem i apetytem na toaletowe łzy. 
Już nawet nie wołam ratunku. 

Wszechobecny absurdzie bytu... życiowa linio żyć, któż ma nad Tobą władzę i trzyma w ręku to nadludzkie piętno [nie]sprawiedliwości? Co być ma i co jest... i dlaczego tak. 
Ach..! i my zawsze będziemy ludźmi tylko, z ludzkimi przypadłościami, wadami i instynktami... głową muru nie przebijesz, szkoda tylko że czasami nawet nie próbujemy go przemierzyć w inny sposób... .

Tylu ludzi żyć pragnęło i zgasło w jednej chwili, tyle kart niezapisanych los podpalił w moment jeden... na popiołach bez pamięci szukajmy wniosków by coś zmienić, poprawić, by w sobie, by na lepsze, by cokolwiek... bo może warto? 
Sama nie wiem już.
Nic?. 





skomentuj (5)




2010-03-08 12:50:31 >> Chowam się pod kołdrę czaję w monotonii, występując z akompaniamentem załamania. Bezimienny bezdech.

Wiesz jak to jest, gdy odradzasz się, budzisz
umierając dogłębnie coraz mocniej.
Kiedy toniesz, a nurt słów i złości wcale Cię nie żałuje, 
Emocjonalne paranoje. 
Załamania.
Potyczki.
Starcia.
2 strony lustra, 2 strony twarzy, 2 strony duszy, 
2 strony medalu i...
2 strony umierania.
Najtrudniejsze jest starcie wewnętrznych zamierzeń, 
odważnego ego, siły do walki, motywacji dążenia, chorej pasji
z tym niedbałym, ocienionym, niedocenionym słabo silnym racjonalizmem.
Niełatwo jest się wykończyć, a zarazem absurd kruchości ludzkiego życia przeraża.
Nie prosto jest podjąć decyzję o zakończeniu siebie. Dopaleniu iskry. Ugaszeniu ognia.
Gdy gasną płomienie, dym strachów, lęków, przerażenia, chmury żalu przed tym co będzie,
kłęby tego co było, miłość i nienawiść gryzą nas w oczy. Parzą powieki i topią skórę...
...

Tonę. 
Zamykam się w kalendarzu.
Grupuję w małych tabelkach wartości odżywczych i punktuję surowością.
Wypluwam granice, problemy, przeszkody, euforie - gardzę nimi.
Gardzę sobą.
Przypadkiem jestem w skrzyni z losem, a los niewybaczalny. Los nie wybiera, los jest dopisany.
Obok malin i brokułów. 
Ciągnie się grubą linią życia za opisem ostatniego napadu i przed pustą kartką jutra zawija blady kontur.
Pewnie obrazuje niepewność, mocno naciska niezauważalne i trzyma mnie dłonią przy życiu.
Nad umywalką i pod kolorem nieba.
Rano i w noc ciemną, zimną.
~

Mówię do Ciebie, krzyczę, rozdzieram się od środka
zapadam pod ziemię i wynurzam paranormalnie, rozpadam się na człony i spinam w moment.
Wyciągam wnętrzności, ogłuszam zmysły, pokazuję, że jestem, że czuję, że to co widzę to nie dno.
TO NIE MOŻE BYĆ.
Że to nie kraniec wszystkiego. Ostatni przystanek. Stacja widmo...
To nie to.
Bo nie ma lustrzanej skrajności, ani umysłowego upośledzenia. Jest tylko problem.
Ot taki - mały, niewinny czarny jak smoła i mosiężny, ciężki, ślamazarny, umazał mi ręce, życie.

Nie chcę już wszystkiego.
nie chcę SIEBIE.
znienawidzonej, uwielbionej, brzydkiej, ładnej, chudej, grubej - żadnej.

Bo słowa bolą, 
spojrzenia,
gesty.

a ja chcę znieczulenie, dać w żyłę sobie narkotyk - pokrywę rzeczywistości,
zamarznąć, skromną taflą lodu ukoić zmęczone skronie, zasklepić powieki,
lodowa pustka, zimno ciszy.
Nie mogę jej już znieść. Nie mogę zdzierżyć teraźniejszości, fioletowej ściany i białego sufitu.
Kształtu szklanki i koloru papieru.... nie mogę znieść ludzkiej osobowości, fizyczności.
Przetrawić swego towarzystwa, obcowania na sam z przerażeniem.
Przed fałszywym lustrem mgnienia.
Bo jesteśmy tylko folią na wietrze, błahością reklamówki, oddani w ręce powietrza, 
wzięci skądś, dokądś. Przez krótki okres. Bez pauzy.
Równie odważnie lecimy wzwyż na skrzydłach marzeń i statecznie opadamy w dół, czasem
nieprzewidywalnie tylko odwracając się na drugą stronę, ukazując dwojakość oblicza, spadamy - na ziemię.
Bezbronnie i bezsilnie. A przecież tak wielka niesamowitość w nas mieszka, jeśli możemy unieść się ponadto.
A tak tłamszona przez codzienność ginie gdzieś we łzach porażki.

Jestem złodziejką.
Kradnę energię, dobry humor, zadowolenie i siły.
Zabieram nachalnie i palę bezlitośnie na stosie cierpienia.
Upajam się.
Unoszę.
W tym dymie, co uprzednio.
W tych iskrach pustych od nadziei i pełnych bólem. 
Czerwień czerwoności.

Złość.
Krzyk. 
Kryzys.
Kulminacja.
Żal.
Płacz.
Cisza.
Strach.
Samotność.
JESTEM.
a jakby nie było nic... tylko cząstki marnej materii, słabej, chemicznej, nieprostej i nieskomplikowanej...
NIE MA MNIE 
a jakbym oddychała, tu czy tam, we śnie i bezsenna, w dłoniach noszę strach, układam na półkach obojętność, a z ust płynie pustka, ta sama co mnie otacza, ta która wypełnia pęcherzyki płucne do cna, bez skrupułów i namiętności.

Patrzę na Ciebie, dochodzę, mówię.
Czuję się winna. Znów, za wszystko. Znów doskonale wiem, że nie powinnam być tu. Że jestem tylko jakimś zbiegiem zamierzonych okoliczności, nieprzewidzianych i nienormalnych. Zbiegiem złego miejsca w złym czasie, złej osoby. Wrażliwości< albo i  NAD<.
Ale Cię kocham. Twoje oczy, nawet we łzach... i nie chcę źle Mamo, nie chcę źle, tylko nie umiem inaczej. Nie potrafię mówić dobrze, nie potrafię mówić jakkolwiek. Przytulić Cię słowami, okryć ciepłem i ocalić od jutra.
Nie umiem uratować siebie przed sobą. 
Nie umiem, więc tym bardziej pomóc Tobie.

WINNA.
PROBLEM.

Nie mówisz nic. Zabijasz mnie ciszą. Nawet jak wyciągasz rewolwer ze słowami, strzelasz najdokładniej, w sedno. Najsilniej. Nie chybisz, nie wiedząc nawet...
Wiedza by Cię zabiła.
KIM JESTEM? ja sama nie wiem. Więc nie mam pomysłu także co i komu mogłabym rzec. Z braku wyjść. Bez klamek i okna. Bez powietrza.
Jesteś lodem. Zimna jak lód. A ja Cię dotykam, lekko, delikatnie, niewinnie, z lękiem, przytulam jak człowieka, jak duszę, jak serce które masz na dłoniach pod tą skorupą, za tym murem... i czuję, czuję przez moment. 
Chwila. Minuta. Sekunda.
I widzę, zamarzam, ginę i rodzę się na nowo. Usycham z żalu z winą na ustach i budzę się bezproblemowo, bez czucia, bezwładna.

Na schodach do nikąd, przysiadam od niechcenia
słuchając nocy, srebra księżyca, słonecznych temperamentów
i nuty bezbolesności. 
Wyciągam ten czas, wydłużam w rok, w lata.
I ucinam pępowinę z odium obecności.
Rekonwalescencja trwa, rozkłada mnie na łopatki.

Duszę się.

Nie radzę.
Nie uniosłam wczoraj, i dziś nie wzniosę wmawiając sobie durnie. . . 
Że się zmieni. 
Że się poprawi.
Że będzie inaczej.
Inna inność w polewie tejsamości.
Bezbarwność barw. 

Opadam z wrzaskiem
i wzlatuję w milczeniu.

Psychoza.
Bóle somatyczne i niewyobrażalne obrazy.
Nieujęta ujętość.
Nie istnieć.

43.6.
mniej
euforia
43.6.
mniej
radość
43.6. 
mniej
- NIE WIDZĘ. 
...
i wszystko wraca do 'normy'.
wariacje dziś.

i będzie lepiej.
Podniosę się z tego jeziora stęchłych łez, rozżalenia i rozpaczy.
I będę w nocy spać.
I będę się uśmiechać.

Wiem, że będę, grając rolę : codzienność, scena pierwsza : w przebraniu zwyczajności i z motywem: naturalizmu.

Nie będę już zwracać.
Powtarzam to co dzień, nonstop, w każdy piękny ranek i wyśmiewam w szklistych źrenicach nocą.
Szepty są prawdziwe.
Szepty szepcą, iż będzie jak zawsze.
Zakładam słuchawki, by nie słyszeć.

NIE ISTNIEĆ
NIE CZUĆ.

I tylko to słońce za oknem rozmraża, zamarznięte na siłę, bo tak było lepiej, bo tak jest łatwiej.

Piękne słońce
i bezpieczny żar.

Nic nie jest tym na co wygląda.
Wszystko insze.
Nie moje. Nie takie.

Nie umiem czuć, jakbym chciała.

Dziecinne fantazje rozmieszałam w filiżance z goryczą,
połknęłam łyżkę i zapiłam dniem dzisiejszym.
Kubki smakowe buntują się przed nutą. Smakiem.
................

Już nie mogę.
Nie mam siły.
Nic nie mam.
I boję się tego konsekwencji.
Zgubiłam siebie.
Wyrzuciłam w przepaść obiekt nienawiści i jestem tylko prochem, na stosie statystyk.

Odnaleźć.

Nie radzę sobie.
Nie jest fajnie.
nie jest.

'i dojdziesz do momentu, do tego momentu - kiedy nie wiadomo co dalej, rzeka przestaje płynąć a oczy widzieć, zmysły nie czują a wnętrze rozdziera się na części..... i odpadasz, kawałki niepokojów, wspomnień, fotografie zdarzeń, retrospekcje wnętrza, wypadki, zbiegi i zabiegi... wszystko stoi, wisi....
spokój i bezwład na tle bezsilności ze znakiem zapytania na pierwszym planie....'

pani sytuacji
kpina 
żart dobry
marionetka w czasie, bez czasu, bez poczucia.

zabierz mnie.
stąd.

~

A później znów spadam w dół, coraz niżej i niżej w radykalność poniżenia i nicości. W niezrozumienie alfabetu dnia. 
Nie pamiętam jak iść i jak oddychać. Boję się.

jestem jakąś pomyłką.
niepoprawna.

i szepcę do nikąd martwym szeptem 'zgiń maro! zgiń!' na oceanie pełnym jutra, poddaj się zegarowym wskazówkom, 
zaufaj przypalonej ćmie i rozbieganym wspomnieniom...

nie warto jest nie czuć (?), a tak boli [u]czucie (?!).
staram się. jak zawsze. wczoraj, dziś, wiszę w nieskończoności. na skraju załamania.


skomentuj (15)




2010-02-26 01:02:28 >> Na ostrzu noża obłąkania, w sałatce codzienności, czynniki pierwsze światopoglądu w sosie własnym.?!

jestem znów
jestem piachem na pustyni ludzkości
nicością wśród wyimaginowanych sytuacji, złudzeń optycznych i fal elektromagnetycznych

krew
wszędzie słodka czerwień - gorzkich momentów
ani się obejrzysz wylewa się całą istotą bytu z marnych żył, wypływa z tętnic i naczyń
i jest wszędzie
wszechmocny napęd
cud

czerwone krwinki żalu
i białka odporności - wcale nie izolujące od problemów
płytki - wyścielające braki
i osocze - pielęgnujące bóle

i wszystko z Twego gardła
pełnego ciepłej czekolady, bezpiecznych kromek chleba
i zimnej wody, 
przeźroczystość wypłukuje ból
płynność łagodzi wyrzuty
uspokaja drżenie rąk i przerażenie źrenic
i schylasz się........ raz, piąty, piętnasty
i dopełniasz wodą.... 
uspokajasz się
jesteś wręcz fotanną ukojenia, oazą przezorności, źródłem NICOŚCI
niczego nie da się porównać do TEJ chwili, do TEGO momentu
sen a skraju świadomości
pustka z duszą
chwila STOP! zatrzymujesz palcem w gardle całą rzeczywistość,
i jesteś Panią, możesz wszystko, jesteś ogromna w swej marności, wielka w swej nicości, 
jesteś kłamstwem w prawdzie, jesteś bólem w fenomenie, jesteś kalorią znikającą w kanale zlewu,
niczym w wielkiej machinie człowieczeństwa
i skaczesz rozprowadzając wodę po organizmie, depcząc swą godność
uwłaszczając swej osobowości, odrywając siebie - framentarycznie, kawałek po kawałku z istoty znienawidzonej
rozbiór na czynniki pierwsze
do naga
dalej 
wyeksponuj swą kobiecość, na arenie infantylności
odetnij swą pierś od normalności, ucieknij w chmurę myśli
wielka kwarantanna  - ratuj resztę...... MILCZYSZ
wyrwij swe wnętrzności w proteście dorosłości
nakarm komórki niedojrzałością
raczkuj po schodach na szczyt...... 
i módl o rodziców
i żyj
paranoja.

i budzisz się rano - jak nic, jak nikt, 
nowy dzień, zaplanowane idealizacje, obmyślone schematy, wczorajsze zwroty i dzisiejsze wnioski,
współczesna świadomość i przeszłość analiz
składasz wszystko w całość
jak marne klocki - wyblakłych tęczy, 
lego osobliwości,
tylko czemu nic nie pasuje?
nic się nie złożyło, nic nie dopełniło
same odmienności, a w ich rękach władza
niekształtne wybryki 'natury' ?
zamglone figury niesymetrycznie obłąkane
skalane rozumem, którego użyć nie umieją
nagrodzone wolą, wolną w kajdanach całej sieci naczyń, nerwów i połączeń
obdarzone sercem, bo bije na wspak i na wskroś, co dzieli - niepodzielne i łączy - niemożliwe

każde ma siłę, każde z osobna ma pierwiastek niewinności, ma moc
która działa w grupie, każde odczuwa ból  i wie co to kłamstwo
każde ogniwo - w łańcuchu świat

nawet pomidor swą czerwonością peszy się na sytuację świata 
i WRZESZCZY GŁUCHO
zagubił częstotliwość, trafił pod zły adres
i ginie dla ludzkości
ginie z poświęcenia
samotnie i po cichu
pod ostrzem noża... pod dłonią człowieka
pod pocałunkiem małżonków i lekcjami nastolatków
ginie nieustannie - codziennie na nowo - w odrodzonych sylwetkach swej osoby
codziennie - bezpowrotnie -ten sam a radykalnie inny
i ranisz jego cielesność bielą uśmiechu, i obierasz jego ideały palcami poznania,
i dzielisz jego sentymenty ostrzem praw natury, nie chcąc nic zrozumieć, bezmyślnie
choć topisz małe dłonie w jego krwi, wypijasz jego soki... nie jest Ci żal
bo to prawo natury, łańcuch rzeczywistości, bo to nie żyje
nie rusza się, nie mówi, nie oddycha, bo nie myśli, i nie ma duszy?!
bo to pomidor, i to normalne, bo tak jest
bo czemu w ogóle się nad tym namyślać? bo co to za tekst? i dlaczego?
...

kolejne 2 tygodnie
kolejne miesiące
 i lata
i absurdy, paradoksy
i bagaże doświadczeń...........
i wszystko kolejne................
ale kolej rzeczy jest taka - iż tę kolejność zakończy, ukróci w najmniej oczekiwanym momencie

nikt nie zdaje sobie sprawy z niczego
uciekamy od bolesnych myśli, od win i porażek
gubimy problemy nie patrząc pod nogi i nie zastanawiając się
gubimy je docelowo, beznamiętnie, ironicznie, przebiegle
gubimy się na zakręcie podróży życia, nie pytając o drogę
- sami znajdziemy swój kierunek, sami wrócimy na trasę,
władcze pachołki w świecie interesów, małe zwierzęta 
zaprzeczające instynktom, z pożądaniem w kieszeniach
i krawatem win, z falbaną strachu i rękawiczką charakteru,
z apaszką podłości i kapeluszem nienawiści, 
witamy siebie na nowo - co dzień, z fałszem w dłoni, kłamstwem na twarzy
i zagubieniem w oczach..... małe istotki w domku z duszami,
małe marzenia na niebie czystości, pod stertą chmur czarnych i szarością dnia
kolorowe chwile, ubrane w kwiaty, wyidealizowane czasem, wytęsknione zmianami,
konserwatyzm strachu i zaściankowość ruchu, nowoczesność pieniądza 
i niekochane kwiaty na łąkach
to jest nasz świat
alergia na obojętność w znieczulicy głosów
natręctwo perfekcji w nerwicy generalizowania,
zgniłe pragnienia w idealnych opakowaniach, stoją na półce, pod linijkę,
równej jak łza - co karmi nocne poduszki i dzienne chusteczki niewinne od bieli i szare od łez,
słone od bólu, zmięte w iskierce nadziei i wyrzucone w pożarze autorytetów
wybuchnie wojna
wojna przeciwności,
wojna alter-ego, nieistniejących zaprzeczeń, koniunkcji i alternatyw,
nie prawda, że prawda, że prawda, że fałsz, wtedy i tylko wtedy........
codzienność wyginie pod płaszczem przeszłości i na fotografii, w filmie będziemy grać siebie
w  duszy wczoraj i osobie jutra,
bez kalendarza, a z grafikami,
bez konsternacji, z kłótnią ćmy nad wskazówką
czas leci
on jedyny...... będzie wiedział kiedy się zatrzymać

dlaczego myślę, że ktoś jest zły
dlaczego nie umiem tego pohamować, a ta osoba jest mi bliska
nie widzę w sobie problemu wytykając je komuś
nie chcę ich widzieć ? pewnie tak...
boję się jak będzie. było...
jak jest.

co się urodzi z jutrzejszej mieszaniny zapachów, zamiarów i postanowienia.
~

boję się umierać
zabijając się co krok
zamykam kolejne rozdziały
chcąc odkrywać na nowo
zabijam marzenia
pragnąc fantazji
obezwładniam nadzieje
głodząc następstwa, zatrzymując chwilę
uniewinniam winy
chcąc rozliczyć wykroczenia
błądzę - na drodze celu 
i zasłaniam oczy - by nie udusić się w woni kłopotu
wylewam monotonię
i pozbywam się pełności - w każdym rodzaju
pozbywam się siebie
chcąc odkryć nową cielesność
zjadam pustkę 
głodząc się wśród codzienności
i wypluwam zdobyte doświadczenia
tworząc kolekcję rad

będę nikim, ze strachu, iż mogłabym kimś być
będę nikim, z lenistwa, że to coś znaczy?
będę nikim, wmówiła mi to przecież.
Mam to wpajane od dzieciństwa.

Nawet ślepiec - może zobaczyć, jeśli mu opiszesz, jeśli porozmawiasz
musisz tylko chcieć, tylko mieć tę siłę i odwagę,
musisz mieć czelność i zmierzyć się z sobą, motywację? do działania
bo ludzie są ślepi
patrząc, widzą siebie, albo to - co chcą - to żadna nowość.

Być chomikiem na kołowrotku życia,
biec przed siebie do utraty tchu, nie mogąc uciec przed sobą,
biec nieświadomie, nie pytając o jutro, z tęczówką nasyconą ciekawością,
biec bez zobowiązań, bezszelestnie, wciąż, non-stop,
milcząco..... i samotnie, 
bez zastanowienia..... szukać dusz na szczeblach prędkości i granicach wytrzymałości.
Bez pytań i odpowiedzi.
Rutynowo,,,,,,,,,


wszystko jest trudne
chciałoby się rzec - głupie i durne, nieszczęśliwe i niesprawiedliwe,
ale tak pewnie nie jest
to tylko umysł gra z nami - odbijając piłeczkę przyczynowo-skutkową
to tylko życie i jego ruletka, koło fortuny codzienności - z nutą szarości i niespełnienia
 
i bladość skóry o poranku
i zimne stopy nocą
w filiżance - bez kawy - z wrzątkiem i cytryną
by sparzyć kwas, raz, by spalić wstyd,
nie brudząc rąk, nie raniąc siebie,
EGOISTYCZNA SZMATA, ubrana w ciało z życiem na ramieniu,
bez mózgu, z paniką w oczach i makabrycznością w żyłach.
Po co jestem?

ogarnąć się próbuję,
po raz setny? tysięczny ? [etc.]

boję się chyba już tylko siebie i przyszłości.

nie ma we mnie żalu za utopione w kiblu życie, 
nie jestem już nawet żałosna, nie jestem płaczliwa, udająca w sprytnej masce z gorzkim uśmiechem,
jestem PUSTKĄ z wiatrem w żaglach i kołataniem serca, z ciepłem ciała i czerwonością krwi,
jestem Twoim koszmarem i niezrozumieniem....

Ufundowałam sobie plan - na własne życzenie
jedyny taki
NA CAŁE ŻYCIE.
absurd troskliwości.

wiedziałam iż mogę na siebie liczyć - gratis dostałam tylko zbyt wiele, 
czy to nie 'wspaniałe' - przerosłam swoje najśmielsze oczekiwania..........

*

na widelec nabijam prawdę
maczając w tajemnicy, z nutką destrukcji,
połykam kłamstwo, ubrane w diamenty,
kruszec z nicości, fenomen destrukcji, 
przeglądam się w łyżce - widząc trójwymiar 
lustrzanej prawdy, karmię się złudzeniem.
I jestem.
nieważne.
wszystko nieważne.

waga 43-45. 
huśtawka egzystencji.

cóż, im wyżej się zakołyszesz tym boleśniej upadniesz
ale spokojnie 
- TAK boleśnie, można dotknąć ziemi tylko raz, 
jednokrotnie i doszczętnie.
tfu.


z uśmiechem klauna wykrzyczę przez okno 
że jutro będzie różowe
i wcale nie spadnie czarny śnieg w obliczu paranoi
i będę śmiać się do rozpuku
z mojej naiwności
i będę cieszyć się jak głupiec, z twoich oczu spontanicznych......

~~


może to nie dziś miałam na tym świecie, być kimś więcej [?!]
konfrontacja wydartych emocji
z talerza refleksji ferii
i międzyszkolnych rewelacji
ocalonych od upadku, słabości i  zniewolenia, w zlewie, toalecie i wannie.
~
Rozumiem prawie wszystko w tym obcym świecie,
jestem tylko paraliżem i nie mogę ruszyć się, wierzę - że Ty też tak masz.
A może to tylko zima mrozi mi mechanizm, lepszego jutra i żywych oczu.
*

zamarzam, jak moment na skraju czasu
ostatnia chwila w pamiętniku jutra
lodowa królowa wrażliwości
na murowanym tronie anty-rzeczywistość

Białkiem jest moja siła, antygeny anty-porażka , anty-błędy, anty-zagłada
bronią mojej komórki człowieczej,
bronią mej strony w księdze istnień, paragrafu w prawie do ostatniego życzenia,
na tyle na ile mogę będę kopać tę maszynę - by nie spała.

_
Ty nie śpij też i formuj moje sny, w odludne miasta afrodyzjaków do życia.
i daj mi spokój w szkatułce, bym mogła wylać z siebie kłamstwo, bo tylko na to mnie stać.


Trzeba wstawać, póki się upada, trzeba wstawać - dopóty jest jeszcze w ogóle taka myśl. Dopóki można ruszyć powieką - wstawać trzeba.... bo nic nie dzieje się dwa razy, bo może to ostatnia szansa na ... ?


- jak to jest - nie wiedzieć - czego chcesz - i kim jesteś - 

Nie mogę tyle wymiotować.
Muszę coś zmienić.B
Tylko czy potrafię ? 

Trzeba wstawać.......... - jak mantra. Będę, powinnam powtarzać. 
Czyńmy powinność.

Niedługo będzie lato..... i ciepłe słońce na skostniałych wargach i smak malin po południu... krzyk dzieci na placu zabaw, fale pieniące damy w mokrych sukniach niebieskości, białe wybuchy kłębiastych chmur na kontraście nieba, słone wodorosty, rafy niemożliwego piękna egipskich rozkoszy, duszność powietrza i ciepło wypełniające nas od środka, palący się beton i spaliny, 
co widzisz to gdy zamykasz oczy?
co widzisz, kiedy wszystko jest za szkłem?

~~

are you true? false? sth else?.
are you live?
you must believe .

...

help.
shhhhh........
~

Niech czerń tych słów zginie TU - nim nastanie DZIEŃ ...
.

usłysz.


skomentuj (17)




2010-01-29 23:38:48 >> Srebrem toczę się kamieni, trzeźwiejąc poetycko zgnilizną, dławię się fałszem w obłudzie spokojności

jestem.
obecna.
żyję.
płynę.


jak wszystko wokół, poddaję się nurtom, opadam i unoszę na falach niewiedzy i ogólnej materii rzeczywistej.
i ręce wyciągam by napaść na falę, by udźwignąć ją i wznieść się dumnie, wzniecić blask i iskrę dumy, uraczyć emocje,
a tonę wciąż
i tonę przeraźliwie.........
poddana teraźniejszości, zakopana w przeszłości, schowana w tajemnicy przed jutrem
bez nadziei i kolorowych namiętności.

Czy zastanawiasz się czasami ile jeszcze będziesz żyć?
Kiedy przejdziesz na tę drugą stronę (a może po prostu znikniesz/ rozwiejesz się/ rozsypiesz/ zdekrystalizujesz/ ... ??? 
w odniesieniu do takich myśli u mnie zawsze krążą jak demony - wyrzuty,
przed tym co jest, będzie, było, na temat codzienności, schematyczności, powtarzalności - błędów, chorych zachowań, złych słów...
To wszystko mnie otacza... i tłamsi, ugniata... i łamie jak ołówek pęka w dłoniach czasami przed klasówką, krzyczy, rozdziera...
i płynie... delikatnie... strużką po zimnych policzkach... 

tak. 
życie to rozdziały.
tak. 
temu - kto umiał je podzielić, należy się krocie.
ALE....
co jeżeli utkniemy, jeśli zbłądzimy, zmienimy zdanie, a jednak nie opuścimy poprzedniego zdarzenia, nie umyjemy rąk z poprzednich sytuacji, nie zatrzemy myśli minionych dni, zamiarów wczorajszych na jutrzejsze powinności, co jeśli woreczek pełen kryształowych marzeń i idealizacji zmieni swój punkt odniesienia, nadejdą chude czasy, depresyjne melancholie, sentymentalne refleksje, obłudne marazmy, stagnacja, niegeometryczny chaos, nicość, pustka.... i rozdział - jak studnia bez dna, choć na dnie my.... umieramy, jak liść, zeschła jednostka bez duszy, z tęsknoty... za normalnością ? albo czymś z definicji lepszym, niż moment obecny, niż tu, niż współcześnie.
A może to normalność już odeszła z aktów i scen, podziałów i rozdziałów, może odpadła z rozgrywki gdzieś w przedbiegach i została sama 'odmienność', 'inność' (niekoniecznie i niecelowo pejoratywna); sam żal lub pewny krok w geście jutra....
i ja
w starej kwestii
spleśniała
>gniję
>obumieram
>rozkładam się
.>od środka<.

od środka pomału, gęsto, wielokrotnie
i dziś, teraz, i w przedwczorajszym powietrzu, cotygodniowych rozmowach, niedzisiejszych komplikacjach,
wrak.

i czy to aspołeczność, czy racjonalne generalizowanie sprawy tworzy te bariery? ; nie wiem.
i czy to tylko pajęczyna na czystej karcie życia czy stalowa kurtyna zachłanna wszystkiego ? ; nie wiesz.


chciałabym odlecieć. nie być.
to absurdalne sprzeczności, biorąc pod uwagę - strach przed skończeniem życia.

wznieść się kolorem nad obłoki tęczy
i z mgieł się wyrwać dżdżystych i gęstych jak łzy wczorajsze
utopione w kawowych ziarnach konsternacji
i zająć się aromatem powietrznych ideałów, lekkich beztrosk,
nieczułych wrażliwości, sensownych atomów w pustce istnienia, 
pełnych ochoty, zapałów, podnieceń, wzniecić się pasją, rozedmać
do cna, i palić bez końca, na wióry bez serc......
a później już tylko piersią swą dumną i silną bez wnętrz, odginać sztylety
sylab zaciętych wargami, łamać z pogardą obiecanki, krajać uczucia,
zabawnie.
beztrosk w absurdzie samotności.
I jak piłka odbijać się ziemią co ranek, zapominając czy lot jest sensem, czy schyłek,
czy sukces porażką, czy gorycz hardością, 
Odbijać się pewnie i twardo, silnie i ciężko.... z lekkością motylich gracji i dostojnością piór pawich,
ciepła szukać, ikarowej gwiazdy przy upadku duszy.
By choć z dwojga jedno - mogło górować.
Sacrum | profanum
Profanum | sacrum . 
Cielesność bezbożnych ideałów w płaszczach ambicji z duszą na ramieniu... na ulicach śpi,
a Ty cicho szepczesz w poduszkę stosy marzeń bezmyślnie w pałacu egoizmu.

jak pień nieczułym być.
i stać jak pień o głodzie.
i trwać, bezboleśnie.
o NIEMOŻLIWOŚĆ.


miłostka w kieszeni.
miłostka na ladzie.
miłostka w portfelu.

wszędzie jest tylko pieniądz z bestsellerem: monetą
wszechświat papierów wartościowych z akcją i obligacją żywotów,
z kredytem zaufania i znieczulicą dawców. 
z pożyczką serc i podatkiem od szczęść.
wszędzie jest tylko pieniądz.
a wszyscy pięknie głosić chcą, że go nie widzą, emanując w złotość.
a wszyscy prawić pragną o kochaniu.... 


zasypiam.

Przecież tylu wokół cierpi... ?
A my ślepi, niewidomi, nie widzimy, czy widzieć nie chcemy......
POTYKAMY się o ręce krzyczące 'pomocy' śmiejąc się do jutrzejszych planów,
poniżamy wartości sytuacji i przeceniamy materię, w biegu do kresu
a TYLU WOŁA
nieusłyszanych.
LUDZI TYLU 
i tragedii.
...

Czy ludzie się przyciągają ? Oddziałują na siebie magią - zbliżając się do czegoś 'co być może prawdą jest' co 'zdaje się być prawdą' - nasza prawdą, tą której chcemy, tą którą ukrywamy....  a gdy obnażymy tę osobę - i okaże się iż mamy rację, wcale nie jest nam dobrze, czemu ?

*

Nie mogę uwierzyć, że to już tyle trwa.
Chyba nikt by nie uwierzył, nikt nie uwierzy.
*

'tak Mamo, dobrze, że jestem zdrowa, że nie mam takich problemów' - wiem. DOSKONALE. PERFEKCYJNIE WIEM.

czułam się jak dziwka, szmatka, kurwa,
czułam się jak śmieć,
tak - zawsze,
a teraz.... się nie czuję.
NIJAK.

wyrzuty istnieją w myśleniu ponad, w myśleniu o tym co PÓŹNIEJ, co NASTANIE, co KIEDYŚ, co GDZIEŚ...... 
strach mam na powiekach, oddycham nim i żywię się co rano...

nie potrafię przestać.
widzę.
oszukując się podle.
NIE POTRAFIĘ? !
nie potrafię.
PO PROSTU.
na prawdę ?

schematyczność szarości.
schematyczność do zwrócenia, 
do niczego, najszarsza z szarych, najbardziej bezludna z bezludnych,
okrutna z okrutnych, bezsilna, emocjonalna, wrażliwa,
schematyczność non stop - 24/7. i tu, i tam.
wciąż.

czemu by się przecież nie napchać,
skoro w moment tak słaby i krótki można wylać to z siebie?
z emocją, z resztką godności i człowieczeństwa, z cząstką siebie, 
autodestrukcyjnie,
czemu by nie ?
to takie banalne.
i takie żałosne.
dzień po dniu, marnuję swoje życie. MÓJ ŚWIAT.
moją żywotność, tylko mój czas... czas TU.
i nie potrafię tego zmienić ? pokonać ? przeboleć ? 
w tych okolicznościach trwać się nie da.
hm... ja trwam.
i sypię się... jak mąka, bielą, jak cukier krystalicznie, uderzam słoną łzą o dno... głową w mur.
A wszystko stoi i jest. Jak wczoraj.

nie chcę wymiotować [sobą?]
nie chcę przeczyszczać się [z siebie?]
i wyrzucać za drzwi osoby własnej by móc przetrwać
jak warzywo, wegetować w kącie, albo rogu szarym mętności,
chaosu.
boję się.
nic nowego.
przewidywalność. hm?.

44,9 ? 
45 ?
bywa.
okres - też jest.

15.01. ferie. i będzie lepiej.

zimno jest przeraźliwie.
a myśli zmarznięte, nie chcą się zamrozić.
namnażają się bakterie.
małe pasożyty czystości.
małe pasożyty kontroli.

tańcz, słodko tańcz, tańcz jak marionetka.... nie otwieraj powiek, powiązanych w supły, tańcz maraton kontroli, jak marionetka stając się tu, pro publico bono, pro Ty
lub bal skończ i odłóż na bok myśli, od nowa ubierając światy.
odwagi.
odwagi.



chora jestem.... znów.
przepraszam za chaos z tym związany.

dużo szkoły.
myśli dużo.
i kg.


<3. zawsze Wasza.







skomentuj (12)




2009-12-31 02:27:33 >> jestem kluczem do drzwi bez klamki, zamka wyobraźni do świata demonicznej ciszy niepokojów, krzyku

nadzwyczaj spokojnie.
oaza.
cisza.

a ja krzyczę
i wrzeszczę unosząc się na emocjach
wzlatuję wzwyż, ku niebu - albo piekielnej otchłani przekolorowanej 

niebieskością
i nie czuję nic
czując całą sobą
i nie myślę o niczym
w studni myśli 
jak głaz nijako wegetuję
w wodospadzie życia obmywając duszę
z siebie

by nie być
nie obcować sam na sam z sobą
z psychiką
z nadzieją
i jej brakiem
z rozterką niecodzienną, i codzienną codziennością, wczorajszym 

jutrem i niedzisiejszym dziś 
by nie być

były święta
wigilia
stół - z potrawami jak apostołowie, ustawionymi w rzędzie 'bez 
nazw'
życzenia - te co zawsze, od serca, serdeczne - by było 'magicznie' jak 
w marzeniu i we śnie, w złotych opowieściach i pudełkach pełnych 
czekoladowych kłamstw, pralinkowych bajeczkach, przesłodzonych 
kostkach cukrowej niewinności 
nawet opłatek łamał się niechcący zapominając o celu i atmosferze 
chwiliwszystko GRA
wszystko TEATRi łzy
i niepotrzebne słowa
i niechciane zdania
wyrazy - każdy z osobna, potrafimy przydzielić do przyjemności, 

zamienić w pokusę, uskrzydlić, poetycko wyróżnić i wznieść na 

piedestał bezgranicznie i z patosem,
poskładane jednak w celowej grze myśli i kontekście sytuacji 

wybijają nas z nas, rozszarpując układankę 'system', beszczeszcząc 

wartości przez nas uznawane, depcząc nas, topiąc w łyżce wody albo 

goryczy kapce, nie mając skrupułów, hamulców, ambitnie atakują 

organizm - powoli rozniecając iskry bólu, refleksji gorącej jak żar, 

rażąc nerwy, gestykulując, osłabiają wrażliwość i jak sztylety aż do 

źrenic personifikując się w zwierzynę, nienasycone widmo zabierają 

nas w inny wymiar, pochłaniając pozytywy wyolbrzymiając puls, 

chwilę, moment wybuchamy i spada jak lawina TEN BAGAŻ 

przemijający, nieciągły, nielakoniczny
wyrazy
to te proste cosie, które tworzy język i zęby i struny grające do rytmu 

emocji,
drżące na mrozie nienawiści i utalentowane, wyrafinowane w 

temperaturze miłości
są w nas.
*

ukryć się w puchu czapki mikołaja
i schować w świętym worze prezentów, bez pokrycia
darów, bez zamiaru, okazji, z zapomnianych intencji 
kosmopolityczne rozterki zawiązać wstążką współczesności
i zasnąć wczoraj na dzisiejszej bieli niewinności
zakryć ból, schować strach w sobie, zdusić do jednostki,
rozłożyć na czynniki pierwsze, i obalić mit nieistnienia szacunku,
skrzydła rozpiąć jak młody Bóg na urlopie, bez zmartwień, bez dziś,
sumienie pokolorować i osypać śniegiem, zmrozić do cna,
niemożliwie rozgraniczyć swoje oblicza, lustrzane mimiki, 
rozczarowane osobowości i chybione charaktery, temperament 

onieśmielony
zbudzić czerwienią kostiumową, nie szarżować odwagą w szklance 

mleka
wybielając twarze, stopić ciepłem domowego ogniska z nad kominka 
problemową naturę, dzień początku, dzień koszmaru, potwora
obezwładnić dobrocią, czystym uśmiechem bez zarzyganej kartki
wzlotów i upadków, roszczeń i przegłodzonych lęków
ukryć się  bez zobowiązań
na dzień, lub kilka, lub całe życie,
ukrytym trwać bez snów,
ukrytym być bez trwóg, 
ukrytym być bez kłótni,
czułości, namiętności i nienawiści, ognia i wody, ziemi i powietrza,
bez żywiołów cyrkulacji postaciowej przebywać gdzieś bez siebie.
wyzbyć się zależności z istnieniem
jak ziarenko piasku ponieść się z oddechem i wylizać rany.
w przeciwnościach zanurzyć stopę i jak od ognia uciec,
od siebie.
od nas.
od was.
od życia.
od porażki.
samotności.
od strachu.
o d    p r z y s z ł o ś c i . 

&

płaczę wciąż
- nie wiem czemu
płaczę
nad sobą, swoim życiem i bezbarwnym jego tokiem
nad myślami w głowie, nad samotnością
nad byciem samym tak, o. - jak palec.
albo cała ręka.

*

Możemy kochać,
mamy tę możliwość, prawo, przyzwolenie?, dar?, przymus?, 

bezwarunek?
możemy
nawet powinniśmy (?!)

a jednak boimy się być kochanym  'równo',
generalizowanym,
zrównanym
a czemu? dlaczego?
nie wierzymy w 'połowę', 'pół', 'jedną/drugą', 
nie 'część', nie 'trochę', w PÓŁ.
NIE.
bo my chcemy po prostu być kochani, po prostu NAJMOCNIEJ, 

NAJLEPIEJ, NAJBARDZIEJ, 'NAJ-WSZYSTKO' (i więcej jeszcze. o.)
pazerni?
spragnieni?
czy jacyś. już jest tak.
A może dziecko w nas mieszka i puka, i krzyczy, i nie godzi się, i chce 

ISTNIEĆ w sercach innych - jak i oni istnieją w naszych, 

zaszufladkowani pod odpowiednim gatunkiem emocji, rodzajem 

uczuć i ich siłą.

Rodzice.
Rodzina.
Dom.
jedność, miłość, małżeństwo i wspólny uśmiech o poranku, wspólne 

rozmowy
pewnie pieprzę.
pewnie nie jest tak.
pewnie medal ma dwie strony.
ale u mnie ma jedną- tę czarną, tę nieakceptowalną, niezgodną, 

nienormalną, ... nie moją 'chcianą'. NIE TĘ.
ogółem.
Czemu muszę wybierać? 
A może tak być powinno. Może rzeczywiście więcej miłości należy się 

temu z rodziców z którym jesteś, rozmawiasz, przebywasz, który 

wspiera Cię finansowo (to jakoś cholernie ważne jest.). NA PEWNO ?
A może trzeba być solidnym, rozdzielić siebie, rozedrzeć i być 

szczęśliwym, albo nie być w ogóle w potoku fal awantur i pretensji 

tonąć bezwładnie, bezsilnie, ale z czystym sumieniem.

A może uciec i schować się w sobie, we łzach odnaleźć sojusznika, w 

toalecie dom, szukając siebie w kostce, diamencie czekolady, w 

bogactwie nicości i niebytu - choć przez chwilę..... w zapomnieniu i 

utopii bezmyślności.
'warzywnie'.
marchewkowo lub ogórkowo, zamieniać się w cząsteczki nicości, 

atomy zerowej kategorii.
BEZ MASY -może? 

NIE RADZĘ .
sobie.
Zaczynam, jakby... tego nie czuć
umazana błotem, zabawiam się w basen
ciężka
ubita
wielka
obleśna, ohydna.........



nic na żywo
nic w realu
nie powiem nic 
żyję jak G****.
jak NIC jestem
zafałszowana
pełna kłamstwa, obłudy,
pełna hipokryzji, sprzeczności
zazdrosna
bez przyszłości
nic 
nie zrobię na żywo nic.
tkwić będę w błocie do grobowej deski
i nurzać się i zabawiać i spekulować z kolorami bezbarwnych tafli 

wyobrażeń

tylko tu jakaś jestem
w tym pierdolonym systemie
ułożonych kratkach
i elektronicznych literkach
nie dokonuję wyborów- się samo tworzy
nie dokonuję decyzji - się same podejmuję
się samo spieprzy życie
się samo...... [bój]stwo?

dla jednych tchórzostwo, innych order odwagi
bez skali.
bez triumfu
bez oklasków, fanfarów i rogów złotych 
bezsens
ogólny bezsens


chaos ? i zagubienie?
królują mi.
Księżniczką z wyobrażeń będę
w złocie butów i blasków biżuterii
bez luster
jako przeróbka madame, lady makbet autodestrukcji,
dla życia, w życiu, po życiu
kimś będę
a może nikim .bez nazwy. plik ?!            ?!
karuzela bez kłamstw

fortuna życiowych kolei losów bez arkadii,
zawiezie nas na tory codzienności,
oprowadzi po emocjonalnych pustyniach,
kolczastych ścieżkach przetrwania i szkole [za/nie]istnienia.
w podróż wyruszysz
wrócisz z bagażem [lub pod nim]
z tarczą lub na tarczy
życiowa refleksja bez słów.
klawiszowy rytm dwudziestego pierwszego wieku.......

beztroska chwila bez namysłu
beztroska chwila - bez trosk
a jednak.

ginę w sobie
i szukam siebie
i ginę wciąż na nowo
nienawidząc i walcząc


wszędzie WALKA WIECZNA
walka ze słowami 
nielubianymi 
'anoreksja' 'jedz' 'żryj' 'obiad' 'chuda' 'żałosna' 'głupia idiotka' 
sumienia
'szmata' 'ścierwo' 'gruba' 'GRUBA' 'koniec' 'pokaż na co cię stać' 'coś 

zrób' 'bój się...'
niezrozumienia
'haha dobre' 'ja też nie jem kolacji' 'dieta?' 'zawsze uśmiechnięta 

-hm jak zwykle'
walka z sobą
z otoczeniem

chyba ... jestem psychiczna
chyba ... nie umiem sobie tego wyobrazić
chyba ... ?


kocham WAS.
Życzę wam życiowej mądrości, zdrowia, nadziei, kolorowych dni, 

uśmiechów, akceptacji,
odejścia z tego świata 'niebytu' ogólnego, rezygnacji z pustki toalety, 

z rozmów bez wniosków ze zlewem lub muszlą, rezygnacji z 

rezygnacji - tak naprawdę z życia, odwagi - do bycia sobą, do 

zerwania z 'dobrem tymczasowym' 'żałosną ulgą', 
życzę szczęścia, wspaniałych ludzi wokół - którzy nam pomagają się 

stać wspanialszymi, pracy nad sobą, samorealizacji, spełnienia (nie 

tylko marzeń i snów (bez tych pejoratywnych)), zabawy, pieniędzy 

(które rządzą człowiekiem, ale potrzebne są, życzę szacunku do nich 

- nie prostej pogardy - nowobogackiej i zakłamanej), lepszego roku, 

kryształu łez pełnych spokoju i szczęścia, oczyszczenia i ulgi, bez 

krzyku i niepokojów, życzę MIŁOŚCI która wyzwala, uczy, chroni, 

jednoczy, oswaja, wynagradza, zbliża, rozwija, toleruje, akceptuje, 

przypomina, pamięta. Braku poczucia samotności, strachu. Lekkości. 

Życzę wrażeń i poznawania siebie. Otwartości. Ciepła. Refleksji. 

Pewności siebie. Bezpieczeństwa. Pasji, hobby i rozrywki. .... i wiele 

pewnie jeszcze. WIECIE.
Życzę (spóźnionych -przepraszam) wesołych świąt i gwiazdki z 

nieba,
szczęśliwego 2o1o roku i jego dni.



mentalnie nie istnieję
nie wiem co robię, piszę
leci czas, między palcami
topnieje limit pustki emocjonalnej
rośnie strach
przed jutrem, zaraz, teraz, i...
nie wiem.
*
jutro sylwester - boję się ludzi
boję się nieznanego/ych
jutro - poznam, ale moja niepewność wyżera mi zdrowe myślenie.
ba. jakiekolwiek!
*
to nienormalne czuć coś do kogoś - kogo się nie widziało na żywo,
kogo się nie zna w relacji oko w oko, kogo się tylko czuję, czytało 

trochę,
to niemożliwe, a jednak, to dziwne być o tę osobę zazdrosnym, być o 

nią ciekawym,
dziwne kiedy zdasz sobie sprawę że ta osoba wspomniała iż być - by 

z Tobą była jeśli zaistniałyby takie możliwości, jednak wiesz że 

pewnie nie czuje tego samego, tego przerażającego (?) zajmującego 

(?) uczucia.
może to przez utożsamienie, nie wiem. nie wiem. Tu o coś więcej 

chodzi. 
przecież to wszystko nierealne, a jednak w głowie siedzi.
choro.

*

kocham <3.
pewnie nie da się tego doczytać - ale cóż
po czasie - wypadła długa relacja 'z siebie'.
długi monolog 'bez wyrazu'.
długi szept wrzasku dnia.


skomentuj (11)




2009-11-28 12:43:28 >> Tam na ścianie! Siedzi potwór. to nie jest bestia, to jest samotność. To dźwięk ciszy rodzi lęki..?

Przyjmuje się, że mróz zabija zarazki,
niech zamrozi mnie, moje serce, moje psychozy,
niech okryje kryształowym szronem hibernacji zło,
znieczuli ból, zlodowacenie dusz.
By było inaczej.

Życie chore.
Chore życie.
?

tak. tak. tak jest.
To się dzieje - obok, tutaj, tam, wszędzie.
Chore paranoje. Psychoza.
Najlepiej jest być normalnym - to znaczy jakim?
Najciekawiej być oryginalnym - ale kiedy ta cieniutka nić między indywidualnością osobowości a problemem natury życiowo-psychicznej zaczyna pękać ? Zamieniać się w problem.

Za szybko. Za dużo. Zbyt wiele niewiadomych.
i ja.

Tak sobie pomyślałam - algezymetria słów....
Jak mocno bolą słowa. Jak dotkliwie ranią......
Nie można ich wepchnąć na siłę, całościowo, do szarego pudła ze strachem i schować pod łóżko...
Nie dają się zwieść, nie znikają, wcale nie zostają wywiane przez świeży powiew wiatru z mojej głowy.
One tam są, zalegają, gniją, rozkładają się i atakują ciało. Atakują mógz, ośrodki czucia... wszystko.

Ludzie mówią dobitnie. Mocno. Czasami- chcą by zabolało.
I boli.
Celowo.
Celowo a bez celu w ogóle [?!].
Sukces osiągnięty. Żałosny uśmiech... i kilka łez.
Ja tego nie zapominam. Nie umiem zapomnieć.

Jak jakaś cholerna książka zapisuję kolejne karty bólem tych wyrazów, zdań, części wypowiedzi,
notuję je jak nienormalna, szalona, wariatka, wypisuję emocjami, piórem z wrażliwości i krwistym atramentem...
A później O TAK....Później wynagradzam sobie sowicie te straty. Tę pustkę emocjonalną.
Ten brak przeszłości, przyszłości, brak pomysłu na dziś i jutro. Strachy z wczoraj. I zakurzone zdjęcia sprzed lat.
Wszystkie kalendarze nieobecnych dni... Wszystkie ciepłe dni letnie nad brzegiem morza, a w rzeczywistości w samotni własnego charakteru, w kłamstwie śniadaniowych kanapek i zwróconych obiadów.
Kocham wszystkich.
Nie umiem nikomu powiedzieć.

'Piję, bo wstydzę się, że piję.'  > coś mi to przypomina.

menstruacja.

Nienawidzę kobiecości. A jednocześnie tak bardzo bym chciała kobieca być.
Tylko nie w ten sposób, nie w tym wymiarze, nie tak... Chyba... [?]

Pławię się we krwi... i wszędzie krew,
zawstydzająca czerwień istnienia, nicnieznacząca, zupełnie naturalna,
wywołująca wstręt, zaburzenia myślenia, to zażenowanie w połowie Twego ciała,
między udami, między nogami, to ciepło, to ohydne, obłudne ciepło. Konsternacja.
A przecież to cud! Miesięczny podarunek od Boga. Od kogoś kto - pomyślał.
Kto wręczył nam bezinteresownie, ot tak, czysto dar istnienia, myślenia, bycia.
A ja depczę to. Nieustannie chowając głowę w piasek. Zakopując się w pościeli.
Nie chcę być.

Nienawidzę tych spojrzeń... Obnażających, pragnących, pełnych odrażającego pożądania, nachalnych.
Takich pewnych, mdłych... Fałszywych. Wcale nie imponujących.
Jak idę, nie toleruję tych spojrzeń.
'nigdy nie będziesz miała chłopaka' - może i nie? Chyba - chciałabym mieć.
Ale nie z tych - brudnych, starych popaprańców, których wzrok wędruje tylko w jedne i wciąż te same miejsca.
Bez miłości, bez ciekawości, bez namięności.
Tylko pusty, bezdźwięczny ton myśli, barwy spojrzeń.
Nie chcę.

Chora jestem.
Znów. Właściwie to łatwiej stwierdzić - kiedy w takowym stanie się nie znajduję - ostatnio...

Nie wiem na co.
Na życie.

Staram się przestać wymiotować.
Ale ciężko jest znieść fakt... że masz TO w środku, możesz się pozbyć, nie będzie Cię gryzło, martwiło, męczyło, drażniło, denerwowało - tylko pare kroków, ruchów i cudowna pustka....
Tylko obłudna i fałszywa.
Przed - wydaje się, że to krok w przód - krok ku poprawie, że tak będzie lepiej, świetne rozwiązanie. Złoty środek.
Po - zdanie diametralnie się zmienia.
Po - nie ma już nic.
Po - są tylko wyrzuty, te wstrętne myśli, drżące ręce i kubek herbaty. Albo nic- pustka i obojętność, z naklejonym uśmiechem idące, ręka w ręke, na spacer w rzeczywistość. Jest błogo, idealnie. Ja? Nic mi nie jest. Jest... fantastycz[nie].
NIE JEST.
i NIC NIE JEST DOBRZE.

Kiedyś wydawało mi się to niemożliwe... 'klatka' - jaka klatka? Człowiek jest WOLNY. Nierealne jest żeby sam siebie zamykał w celi z emocji, bólu, strachu, pełnej nienawiści i żalów, pełnej troski nienormalnej, otulonej fałszem na wieczność.
To nie jest sensowne... przecież tak sie nie da...

a jednak.
Brawo! proszę Państwa - da się. Wszystko trzeba sprawdzić na własnej skórze.
To może wypróbować by...
ten stan kiedy lawiruje się w przestrzeni, nomen omen mam nadzieję bez umysłu i bez wspomnień zostawionych tu w barierze świata żywych, może tak by skusić się na ten lot w ciemność, w nicość. Toż to przecież odwaga z zacnym drugim imieniem tchórz.
Bezbronny samobójca.
Bezradne jego myśli.
Zniewolone życie.
Bezbronny samobójca - bez miłości.
Potrzebował pomocy, a spoczął na bruku niespełnionych marzeń.
Chciał wzlecieć jak motyl, cieszyć się światem, utopić w chwili, a zastygł jak zimne sople na wietrze.
Myślał, że będzie stratą, tymczasem stratę poniósł sam. W żelaznej trumnie, ułożony pod linijkę, sam ze swoją porażką.
Stał się tylko statystyką. Nieudanym nastolatkiem z fanaberią.
Czystą jednostką, na tle społeczeństwa.
Warto jest tak.. za te kilka łez najbliższych, wcale nie przynoszących ulgi...

Do cholery- nie mogę nic zrobić ze sobą?! Ze swoim życiem.
Nie potrafię.
Bezsilna ja.
Marionetka w składzie z żywotami. Wszyscy znają scenariusz.
A ja ... zgubiłam plan roli, nawet przebranie nie to... wieczna improwizacja.
Pełna niepokoju, strachu...

Nurzam się w depresji, to na brzegu brodzę. Jak pielgrzym szukając ukojenia.
Chcę wierzyć w coś, choć wiara spadła z piedestału, stoczyła się niemiłosiernie.
Skropiła łzą nieczyste zamiary, upłynniła słabości charakteru.
Płynę w rzece zapomnienia. Czy zapomnę? niemożliwa niemożliwość.

Mam koszmary.
Nie chcę spać.
Słabo mi...
Słaba jestem.

Dziękuję- że jesteście. <3.
'bo bez Was ciemno jest'

'chcesz rozbić taflę szkła,
a ona się ugina...
i tam są wszyscy,
a naprzeciw Ty...'

skomentuj (8)




2009-11-16 01:02:36 >> Idealne usta wymawiają puste krzywdy. Chwamy głowy pod kołdry nie szukając prawd, gubiąc wartości.?!

tłukę lustro gwałcąc zasady taktu, jak oprawca,
skazuję siebie na dożywocie, wieczne katusze,
umieszczam siebie w przestrzeni, lawiruję w stosunkach miedzyludzkich
i tylko po nocach w głowie budzą się demony.
Głuchy krzyk i suchy płacz.
Niepokolei mam - w głowie.         ????!!!!


żyję [nie]beztrosko.
nieobecna
obok
przyglądam się światu
egoistycznie sama chcąc być oglądana
kulę się w kącie po cichu, powoli...
i nie istnieje
i prawie mnie nie ma

jest tylko szklanka z odciskiem moich ust
i wgnieciony ślad na kanapie, na której siedziałam
zaparowana szyba od niepewnych oddechów
i pognieciona kartka słówek do nauki
i tylko powietrze wie co się maluje,
najczarniejsze scenariusze zapisują się piórem życia,
krwią rąk moich i losowym planem na dziś

i nie istnieje
i prawie mnie nie ma

słyszę tylko szept smętnych myśli
zaplątanych we włosach
i ślad ich widzę w porannej kawie
i czarnych źrenicach zmęczonych dniem

i nie istnieje ?

dotyk nieczuły
receptory zgasły jak osiedlowe latarnie
jak iskierka w oczach, zlodowacenie
ślepy wzrok
słowa a bez słów, bez wyrazu
błąkają się pod mostem uczuć szukając swego miejsca
by przenocować
BY PRZECZEKAĆ ten
strach?
ból?
niemoc?
bezsenność?
żal?
pustkę?

pantha rei
wszystko płynie
i Ty i oni...  i ja topię się obok
bezszelestnie
niewidzialna
zatapiam się w wodzie brudnej od myśli
pełnej cudzych butów, które deptały moje plany,
rad niedokończonych i nie na temat
i nie widzę nowych horyzontów
jest cisza, zamęt i oszołomienie
w głowie, mimice, milczeniu i spojrzeniu jednym na tysiąc
i ginę.
Bez misia?! marnej przytulanki [nawet] na pokaz?
Bez dłoni? co pomoc oferuje ofiarując siebie.
Sama.
Sami rodzimy się i zaraz, zaraz ? umieramy - czyż nie?
więc spełnia się mój los.

A może tak już jest, że po prostu człowiek czuje się predystynowany do czegoś większego? Boi się zacofania? Nie chce ulec radości i uniesieniu, uwierzyć - by nie stanąć w miejscu. Nie stracić sensu. A może to lęk przed spokojem i brakiem problemów, powodów do zmarwień i myślenia, rozwoju i strach - zwyczajny przed szczęściem? Jak się z tym zmierzyć? My się nie mierzymy.
Przymykamy oczy.
Zatykamy uszy.
Odgrywamy dalej swą codzienność, jedni bardziej komicznie, inni żałośnie. Wciskamy się w czyjąś dłoń - jak marionetki, chcąc być pociąganym za sznur postępowania i jego konsekwencji. By nie musieć igrać z czymkolwiek, by mieć święty spokój.
Zaślepieni złotem, które nie żywi, nie komplementuje (samo w sobie.), nie poi, nie smakuje, nie czuje, nie kocha.
Jest tylko w portfelu, wypielęgnowanej krokodylej skórze, lub skromnej portmonetce. I TYLE DAJE. Tyle - że nie możesz opisać, baa nie możesz nawet pojąć. To są już siły wyższe, na które siły owej nie ma.
Wszystko się przewartościowało.
A może tak poprostu było OD ZAWSZE ?
Tylko marni ludzie pozbawieni wszelkich skrupułów, człowieczeństwa, nie umiejący żyć i cieszyć się tymże cudem szukają dziury w całym? [Czemu? retoryczna błazenada- halo hjuston zmierzamy do niczego.]


W myśl romantycznej idei poddają się katuszom filozoficzno-metafizyczno-fantazyjnym by być oryginalnym.
By pławić się w swej genialności, chlapać indywidualizmem na wszystkie strony i karmić swoje ego - rozrastające się w błyskawicznym tempie.


Jesteśmy cholernymi materialistami, zagłuszającymi swoje niespełnienie, pragnienie, marzenie, problem - dobrami.
Wypełniającymi pustkę gadżetami. Brak klasy maskujemy rzędem tytułów i stosem papierów. Kompleksy topimy u Prady.
Nieczyste myśli spryskujemy Chanel'em. I WYWYŻSZAMY SIĘ jakością nowego samochodu, nocami siedząc w bagażniku bojąc się o niespłacony kredyt....
Prawda boli. Prosto w oczy. W serce. W rozum.
Prawda istnieje. Z tym że to tylko czyste spekulacje jaka może ona być.

[dywagując...]
Ale jeśli w każdym z nas jest część z materialisty, nutka chciwości i pychy, chęć podziwu i ogólnego poklasku na nasz temat.
To co ze Stwórcą? [kimkolwiek lub czymkolwiek teraz jest.] 
Może tak trzeba czytać nasze choroby, niedołężności, strach i ciemną stronę medalu życia.
Jako bilans podziwu, szacunku, karmienia pychy a bluźnierstw, herezji i braku zainteresowania.
Może wieża babel obnażyła jego naturę bardziej niż czasami śmiemy potajemnie rozmyślać... ?
....nieistotne i przypadkiem - do głowy wpadło i wypadło.
**


Boję się każdej nocy.
I o bladym świcie...
że nie znajdę siebie, że nie odszukam sensu.
Oszukując jednocześnie - że to niemożliwe.
Ale inni mają sens? Wstając rano, jedząc śniadanie, rozmawiając przez słuchawkę telefoniczną...
A ja go nie widzę/nie mam/nie czuję/nie umiem zrozumieć . ?!?!
i spadam w dół na cztery łapy z wielkim hukiem, pragnąc uderzyć głową by doznać olśnienia
choć raz.
i spadam przez piętra nikczemne strachu, łez, bólu, emocji, obiadów, śniadań, kolacji, wymiany zdań z bliskimi,
kolejno etapami przez radości, depresje, krzyk, złote milczenie,
bez osobowości namięnie poddaję się pustce, skurczom żołądka wydalając doznania i żale, bez moralności,
bezczelnie, zuchwale, nieczule, rozwydrzona i wciąż nijaka, reasumując żadna.

Chciałam być piękna i tęczowa, malowana starannie, w liniach charakteru, z sympatią, teperamentnie bez pozerstwa, czysto a jestem pomazana, wysmarowana farbami kłótni, jadem, żałości i znieczulicy, splamiona tajemnicą i kłamstwem, otulona zimnem i spalona na popioły. Bo nie wszystko się układa. Bo... 'życie'.
Trzeba się pogodzić.

Tylko ja się nie godzę.
Nie godzę się ze sobą, człowieczeństwem, społeczeństwem, sytuacją.
Nie mogę się zgodzić, bo nie daję sobie rady.
Psychicznie.
Fizycznie.
Duchowo.

Byłam czystą kartką - mieli mnie zapisać.
A ja tylko niepewnie, bojąc się o przyszłość, problematykę i interpretację powieści, jaką miałam przyjąć
zgrabnie nożykiem, żyletką czy kosą [nie pamiętam?!] pocięłam własne przeznaczenie.
I nie ma układanki - drugi raz się nie przydarzy życie.
Na marno składać od nowa, szukać elementów. Trzeba wykrzesać odrobinę motywacji, samorealizacji, nadziei i pracy - by znów zespoić wszystkie czynniki siebie.

'Tu umarł Gustaw (...), narodził się Konrad.'
Może trzeba umrzeć by narodzić się na nowo?
Te spazmy, dylematy, koszmary i tragedie [niewielkie i ogromne.] są PO COŚ.
Potrzebne?
To nieludzkie wydawać na siebie wyrok zgodnie z taką myślą.

Tylko czy to nie nieskładne nie umieć żyć, postępować, dorastać, marzyć ?
Czy to nie nieskładne bać się istnieć ?

Kamieniem rzuconym w wodę,
który miał zaistnieć - jak mało co,
który miał olśnić - jak mało co,
miał być cudem a utonął jak odpad.
Ostatkiem sił unosząc się przez moment
wrażliwiec nie wiedział jak wyszeptać
'że boi się być'.


Balansujemy na krawędzi.
Metafizycznie.
Dokonując większych i mniejszych cudów.
Kochając, tracąc, godząc, kłamiąc, rodząc, pożądając, czując coś.
Balansujemy na krawędzi życia i pustki.
Kosmos bez nadziei.
Ot to wszystko co nam pozostało - kiedy chcemy zejść ze sceny i opuścić ryzyko.
Bezpiecznie?

*

Nadchodzi zima. Suchość skóry. Przekrwione oczy.
Częstsze wizyty w toalecie.
A może to przez brak słońca, a może przez coś innego...
Jest źle?
Uczę się z TYM WSZYSTKIM żyć, nasiąkam tym i zaczynam akceptować.
NIE MOŻNA. AUTODESTRUKCJI - nie można akceptować.
Bo ona nas wypełnia, po brzegi i jeszcze więcej......

Smutno.

Smutno też gdy na Twoich oczach - dzieje się coś niezwykłego.
Kiedy słyszysz od cholernie bliskiej Ci osoby - że mogłaby już właściwie nie żyć.
Przeraża.
'Że nic jej już lepszego w żyicu nie spotka, że przecież będzie tylko gorzej. Z czasem stan zdrowia, później niedołężność, starość, samotność, pustka z serialami tv, cisza...'
Krzyczysz, gestykulujesz, pocieszasz, kłócisz.... i nagle... zdajesz sobie sprawę - że nie masz argumentów.
Masz tylko swoją miłość w garści którą wymachujesz wymownie, swoje oczy, co wielkością mogłyby scharakteryzować strach.... i nie masz argumentów. Tylko gulę w gardle i łzy w oczach. Przecież jest młoda! Piękna! Mądra! Przecież to nieprawda.
Mamo...........
Tobie jest źle, a gdy Tobie jest źle - mi jest gorzej. I czasami mam Ci za złe.... ale nie mam argumentów. Czasami boję się że masz rację... Ale w sumie wszystkie życiowe scenariusze kończą się tak samo - tu nie ma happy endów - jest śmierć, żałoba, czerń i puste miejsce w fotelu.... i nic nie poradzisz. Ty, ja, on, ona, Pan, Pani....wszyscy.


absurd absurdów w paranoi życiowej paraboli.
krzywa strachu, wykres funkcji.
dodawanie, odejmowanie, mnożenie, nauki świata, na nic.
NA nicl na NIC.
i możesz tylko zamknąć oczy i wyłączyć myślenie.
nie nadwerężać oczu i nie wylewać wiader łez.
to i tak będzie tak samo.
rutynowo.
statystyczne kamienie w wodzie.... o jednych uczymy, pamiętamy, innych nie znamy,
co któryś zginie w imię nasze, co któryś zabije w imię ... ? .
bywa. jest. będzie. było.
_


Moje życie mieszka na talerzu. Pomiędzy ziemniakami i schabem. Ocieka tłuszczem który chroni go przed kubłem zimnej wody, co dawkowany - tak otrzeźwia że byłby gotów go zabić. Egzysuje.
Wszystko wokół jedzenia/niejedzienia/toalety/planowania jedzenia/myśli o jedzeniu/wadze/depresji/nauka.
Ciągle to samo.
Non stop.
24/7.
7 dni w tygodniu,
Oko w oko, ręka w rękę idę w parze z rutyną. Zakrywam oczy by poczuć się lepiej, odkrywać, wyostrzać zmysły - różnie, by nie było identycznie....i nawet kiedy czasem odejdę od TEGO WSZYSTKIEGO i nie czuję TAK przez moment, to wraca...
'jak kocha to wróci'.
a to jest miiiiiiiiiłość - aż po grób. Doprawdy uroczo. uroczo.

Chyba dużo napisałam?
A może to nic w porównaniu z tym co zamieszkuje moją głowę?
Demony chaosu, wrażliwości i nieczucia.

Pamiętam o Was. I jestem.
<3
Zawsze będę.    ?!   [choć nie tego chcę.]

w bezsennej nocy blask - duszę się - szukając ukojenia - szykanując siebie.
mierzę martwym wzrokiem żywe intencje bez szans, żywioł tracąc.

Będzie chudziej. Obiecuję.
Z tym - że nie wiem czy to dobrze.
Muszę się czymś zająć, muszę coś chcieć.
Muszę żyć.
Człowiek -...  dużo musi.

skomentuj (7)




2009-10-27 04:01:44 >> bo ja mieszkam pod łyżką, na ostrzu noża - wybijam rytm, głuchego cierpienia, szlachetność. W ciszy.

Chodzę po ścianach myśli
omijając siebie szerokim łukiem.
Błądze w czasie skacząc po sekundach...

Żyję w ziemi co nasiąka mrozem i wilgocią jesienną
żyję w trawie, zielonością duszę się i żółknę z zachwytu
żyję w niebie, zawieszona na huśtawce z chmur
żyję sama
w nicości mam byt
rezerwacja od urodzenia
przydział sił wyższych

*

wszyscy mają jakieś cele, pragnienia
takie podstawy  - 'dom przyszłości'
a ja jestem bezdomna
i kołyszę się jak łza w policzków stawie
i płynę we śnie by nie widzieć nic


póżno jest. ciemno.
lubię noce,
są szlachetne.
Szlachetniejsze niż dzień?
może to księżyc zawieszony na piedestale czerni,
gwiazdy nieludzko błąkające się po niebie, błyszczące i wygasłe
tak działają.
Mechanizm wieczności.

Boję się dorosnąć.
Zamykam myśli w pudle z zabawkami.
Białym, czystym w tęczowe grochy.
Usypiam lęki kołysanką z matczynych rad.
I balansuję na granicy wyobraźni w balowych sukniach
do utraty tchu, unosząc się nad ziemią jak zjawa, co
na chwilę tylko wizytuje świat. Bezboleśnie.
Śpię tak codzień, a powieki wirują liniami kolorowych kredek...
Tulę stare przytulanki, bez serc, słuchające zacielke.
Nie budź mnie. Bo będę gryźć. Albo skakać po szkle.

Wychyliłam się oknem - zbyt daleko - na świat.
Zobaczyłam zwierciadło, krzywą życia.
Uciekam.

Statystyka wszechogólna mnie przerasta (i przeraża).
Lawiruję więc w talerzu, czystce porcelitu.
Bawię się wśród zdania form.
Krzesam nowe ognie, starych racji.
By jak iskra wzlecieć nieśmiertelnie, wszechmocnie, przeozdobnie,
wartościowo.... i zaistnieć.
By jak iskra w popiół zmienić się, zbyt szybko i niesprawiedliwie. Tak jak zwykle.

Tylu ludzi już nie żyje. Cenne dusze co w powietrzu lśnią jak kurz...
Co horyzont układają gestem dłoni, wizją głów.
Między nami wisi w tlenie duch wczorajszy, dzisiaj już.

A my nic, w tragedii, na dnie muszli w oceanie, czy w horrorze dnia
umieramy. Dzień za dniem. Przeżywając koszmar, w rajskim świecie
rozkoszy dla historii. 

Przewartościowanym pamiętnikiem rzucam o ścianę.
Raz. Dwa.
Pięc.
Rozsypując klisze sytuacji odrodzonych wspomnień.
Siedem. Dziewięć.
Złość i gniew wije się jak wąż po panelach zwodząc śliskim ciałem jak ostrogą dróg kowbojskich.
ulatuje......
cały ciężar mistycyzmu.
metafizyczny chłam i śmieć.


i tłukę się jak butelka po piwie......
i płynę jak rekin, co szukając ofiary traci zmysły
rzuca się i poluje, na wszystko, dławiąc się pychą
i schnę jak płatki róży(z całym poważaniem dla wielmożnych głów), bezwodnie
tonę w rozpaczy,
milcząco zamieniam w złoto, wszystko co dla mnie ważne.
istotne i istotniejsze, ukrywam jak
złodziej w cukierkowych złotkach, czarując smakiem,
wszystko co dla mnie ważne
topnieje w cieple, jak czekoladowy zając wielkanocny z krzyżem, lub śnieżny mikołaj bez oczu.
przyzwyczajone do lodu żył i tętnic,
do zmarzliny aorty.
do lodowca pompującego coś, co przypomina żywot.

NIE SZANUJĘ.
NIEMORALNA.
FAŁSZYWA.

Zmyślona jestem, jak bajka malca wśród rówieśników.
Koloryzowana zapachem, z obsesją smaku w kubku o barwie łzawej.
Tańczę jak marionetka, w teatrze życiowych ekscesów.
Unoszę się jak baletnica, by musnąć opuszkiem niebo (i ścisnąć dłonią, obłoki martwe udusić bez reszty),
opadam jak grzbiety fali rozbite o klifowe skały, z impetem - siłą pretensji napieram prawdą (wybijaną w przestrzeń jak puste melodie spontanicznych nut).
Świecę jak gwiazda (ta co nie gaśnie i nie wskrzesza się od lat), czarna jak smoła, stała jak lód w piekle i cenna jak głaz w morzu. Ginę. W przepaści wyobraźni. Malowana marzeniami......rzeźbiona nadzieją, utrnwalona motywacją,
pielęgnowana samotnością, wystrugana w emocjonalnym wykresie funkcji bez wzoru na życie.
Ginę.
Lecz jestem wciąż.


I wcale nie wiem czego chcę......

jesień- znów.
zima - znów.
nowa, świeża, bielskość bieli, dama dworu z liściem złotym za kołnierzem z leśnych wiewiór.
bezkres.

w pasji się wypalam, namiętnością sięgając bruku
jak fortepian słynny, tyle że bez zasłużeń
spadam, bez orderów, i bez granic.
wypala się...... i gaśnie coś.
Bo coś podobno musi odejść, byśmy powitać mogli nów...

nie wierzę.
ja już w nic nie wierzę...
^
i nie ufam sobie.


jak pozytywka gram, z kukiełką, bez żalów
jak melodyjka otulam nutą - milczącą
i brnę jak żywioł na siebie, zwalczając ego.


c h a o s . stek bzdur ubrany w sens bezsensu, udaje formę wśród fatamorgany z liter, czarnej, bez drugiego dna. akapity wrażeń, rozplątanych emocji, przekartkowanego zmęczenia.
idę spać.

mam sny. dziwne. ot [-] to ja. Jak kabaret, lub zwykłe przedstawienie. bez ról. bez życia.
ucieczka.
gnam.
bezcelowo.

'jesteś romantyczką' w piekle XXI wieku, za rdzawą bramą mojego świata, w kajdanach niewoli, cena pragnień, spragniona efektów.

autoagresja, samokontrola, samozniszczenie.
porażka.
gorycz. JA.
[egoizm bez granic, rozwalił mury i nie mieści się w pokoju, wyważył piramidę racji osobowości, jak bezmiar myśli szumiących na śniegu -  trwam (albo odlatuję... niepozornie).]

[jesteście. dziękuję. i tylko tyle mogę...?!.]
<3

'i uwolnij mnie...'


skomentuj (4)




2009-10-07 01:13:25 >> Sensem bezsensu niemoc lepię, gliną żyć, na znak istnienia, zlodowacenie emocji. niewiedza. strach.

dziś długo.dość.


*
gramy pasję na kieliszkach
bezbarwnie [sic!]
tłuczemy marzeń szklistość o blat
o kant stołu w niemoc formujemy żal
i gramy nuty teraźniejszości
kompozytorem sztuka, czas we własnej osobie
bo czyż chwila każda nie jest kunsztem sztuki, w zapomnieniu spraw? . . .
*


kwadratowy domek z kart
i trójkątne okno na świat z szybką
wielokątne kształty chwil
momentów przekątne,
co ranek splatające krawędzie
i jest
kańciaście
jak domek z kart
pustka
pustelnia
cisza
nicość
Żyję. Oddycham nią.
Każde oskrzele, płuco, rzetelnie, pęcherzyk, błona,
schematycznie, modelowo. W środek. Wewnątrz.
Mieszka we mnie spokój. Palony na stosie.
Emocjonalne ekscesy codziennych warg przygryzionych beznamiętnie.
I wzrok opanowany ..... na gwałt.
i myśl w kącie stoi, w samotni filozoficznych antraktów bez dusz.

jestem.
jednostka? statystyka?
wśród popiołów iskra... niezdolna by się rozpalić,
rozżażona cierpieniem, oschła,
sparzona współistnieniem, łańcuchem sytuacji,
rozrzucona w bezmiar, wiszę,  lawirując gnam przed i wstecz
i spalić się nie mogę, by wolności haustem ugasić chęć, chciejstwo
opalam się, wokół, spontanicznie, ażeby nie czuć
spopielam masochizmem gorsząc lekkość
to tylko ja
osobliwości cień
przestrzenny kształt, bryła, kryształ, diament [?!] albo popiół
jak puch marny, miernotą porażony na ambicji
dualistycznej jaźni dusza, ja .
płonę wiecznie.... jak chorągiew na wietrze zwartym, rozsypana.
jednostka, macierz statystyki, coś z niczego, wartość
a brak wartości muskam, sensualnie szastając krztą rozumu
tańczę z losem
igram z sobą
i spalam się na wznak, nieprosto rozpięta na haku emocjonalnej
znieczulicy, w popiele jak igła przebijam słabość i krwawię
do cna, do wnętrza, do wieczności.


^
i co o mnie myślisz? zarysie człowieka niecharakterny,
a jedynie szkicu płaski, bez snów
co sądzisz?  wypowiedz się na forum, słuchaczy setki
albo po cichu, po kryjomu, szeptem w tajemnicy...
ugaś swe żale i zakop w niepamięć kompleks
w moim dole.
Starannie wykrzesać chcę, nieokrzesane
odkryć niepoznane, dokopać się do gwiazd srebrzystych.
Od dna górą. Spaść na opak. Na przekór życiu.
Cofnąć się w biegu i upaść na mecie, przypieczętować zwycięstwo.
A wy gadajcie!
tylko nie w bezszelest, tylko sprawnie, głośno, z głębokim A i mocnym O,
z 'sz' i 'ż' instrumentalnie. Grajcie mi melodię zatracenia.

A ja będę pląsać. Na jesiennej deszczu.
Niepogodzie jutra.
A ja będę chlapać świat na czysto. Święconą wilgocią wiosny.
Karnawałowym czarem i śniegiem z fleszem.
I uskoczę przez kałuży szereg, pod linijki kloszem
jak nikt, nigdy.

Będzie cisza.


i ja.
a mojej pustelni myśli, jednotorowości postępowania, klatce występku
i ja.
egoistyczna burżujka, na szlaku bezdomnych, co chwali się wytrzymałością.
i ja.
egocentryczny stwór bez marzeń i jęknięcia wrażliwości.
i ja.
bez skrupułów
w trumnie w drewnie, spalona wczoraj.
Przybyłam.

i w proch przypalon jestem twór fantazji
i żyję w twoich oczach
ku zdumieniu serc
i krzyczę na gardło całe, nie ujmując mu poklasku
nie słyszysz
nie wiesz
 
bo 'to nas nie do tyczy'
bo łatwo się odgrodzić grubą, czerwnoną, linią
od tego co 'złe'. od tego co 'niemoralne'. 'nie wypada'. a może i 'prostactwo', lub 'głupota' ?

realacje z przeznaczeniem
jeśli każdej jednostce X przypiszemy przeznaczenie, to Y gdzieś tam
autor scenariusza upadnie obłąkany
w lesie konceptualnych postanowień

opiję się chwilą
i nocnym światłem lampki, zwężającym czerń źrenicy
napatrzę się w ziemię, w ściany
a gdy będę tryiumfować nie upadnę
z wysoka - jak inni
będę lecieć, z każdą błoną aluzji, strachów,
z odnóżami emocji, zamiatać skrzydłami opary deszczu marzeń,
odpędzę od siebie problemy, pomacham na dowiedzenia tym
których widuję, tym których słowa bolą, a gesty ranią
na zawsze

ale oni nie zrozumieją
naprawiać świat, bez ludzi
naprawiać świat, bezsilnie

a może czas naprawić siebie?
a może lepiej się poddać na wstępie... przed rekrutacją na bohatera.
bez wstępnych egazminów, ulg, radości i porażki.
fallstart.

hipnotycznie zaprogramować się na zużycie jutrzejszej porcji powietrza,
3, 2, 1... śpisz.
i jesteś znów
5, 4, 3... i lat też więcej.
tylko niesmak ten sam.

w dwóch światach poruszając się zręczniej niż cyrkowiec,
kula u nogi jak ptak, czarne pióro wśród owczej bieli
lecz unosi,  na wiatr, na zabój... żyć .
chcę.

NIE TAK.

NIE TAK.


nieskładnie piszę.
nie słyszysz? rozumiesz?

indywidualny sens sylab i zgłosek
bez koloryzacji, ubarwiony do reszty
by nie był biały
nie lśnił bielą
bo w czarnym bloku, karta biała jest jak alien.

wykreśl niepasujący element
kalorie, kalorie, kalorie.
bez zastanowienia. na bezdechu.

Obudziłam się w nocy... i biegłam, by świat znaleźć lepszy...
z słuchawkami na uszach i oczyma w atomach powstałych z tajemnicy.
Biegłam naprzód. Nieskładnie. Dla siebie. W omamie.
By nie czuć ciężaru,
naporu, tłuszczu, siebie.
By nie być - tą co leży.  Co mówi i nie robi.
Co czuje się jak nic.
zero w składzie miliardów. licznik nie rozpoczął sesnu, nie znalazł nadziei
motywacja jako napęd nie wykryta
usterka

zawsze byłam uszkodzona.
podkreślić, wyśrodkować, pogrubić... aa ach! to już jest.

Oślizgły tłuszcz wszędzie. Gromadzi się w atomie.
Każdym calu skóry. NIEMOŻLIWIE. Jest.
W każdym porze przestrzeni. Wnika. Żyje.
Płynie wyrzutem do mózgu, dręczy sumienie.
Stręczyciel.
Nienawiść i miłość.

Choć ciężko miłością darzyć drogę do destrukcji, ciężko być 'jak każdy'
bo jak? >
bo dlaczego? >
w jaki sposób ? >

oryginał zakochany w nieżyciu. dążąc do niczego. jestem.

pomóż mi odnaleźć siebie.

to dotykam dłonią lodu, gdzie ze szkła jest życie
i tłucze się jak lustro, nieszczęśliwą famą

i werbel zapomnienia
już kurtyna... roztrzepała swe skrzydła
już! czas zacząć!
'pora na dobranoc, bo już księżyc świeci'
bladym brakiem tchu niedrętwym, otrząśnij się. Raz jeszcze!
Przedstawienie trwa.
w głównej roli ktoś zapalił halogen nocy, i zapomina kwestii
możesz zabłysnąć, lecz dusi Cię nieśmiałość
przedstawienie trwa!

nie straszne nam wiatraki
trzeba być szaleńcem
rzucajmy się na wiatr
by czuć
albo...... nie?!.

_
prywata. . . *
kocham.
przepraszam, że tak.
to się samo pisze.
składa się ze mnie.
po trochu. po części. mozolnie, w sekundę.
i jest. dziękuję.... za wszystko.
konstruktywna wartość nie jest zła.


<3.
.
ludzie ranią, jak nic. materia stała.
zwracam ją. reklamuję tę opcję.
chcę blokadę. próżna...
królową swą być.
chora jestem? na mózg?. [... ... ...]


skomentuj (5)

MY-THIN-DREAMS